Recenzje

DeWolff – Live & Outta Sight II

DeWolff jest jedną z moich ulubionych, grających obecnie kapel, więc byłem wielce szczęśliwy, kiedy dowiedziałem się o planach wydania kolejnego krążka. Holendrzy od lat trzymają bardzo wysoki poziom, a ich występy są pełne niesamowitej energii. Tym bardziej cieszę się, że ów album jest albumem koncertowym.

Śledzę karierę zespołu DeWolff od 2011 roku, czyli od momentu wydania drugiego pełnoprawnego albumu Orchards/Lupine. Zakochałem się w ich dźwiękach przy pierwszym kontakcie i to uczucie trwa do dziś. Muzyka, którą prezentują, jest dla mnie esencją tego, co najlepsze z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie chodzi oczywiście o powielanie znanych już dźwięków, lecz o powrót do charakterystycznego dla tamtej epoki klimatu i techniki grania. Atmosfera tamtych czasów nie będzie zapomniana, dopóki istnieją takie kapele jak DeWolff.

DeWolff istnieje od 2007 roku. Zespół stworzyło dwóch braci: Pablo (wokal, gitara) i Luka Van De Poel (perkusja) oraz Robin Piso (organy Hammonda). Mieli wtedy kolejno 13, 15 i 17 lat. Robi to ogromne wrażenie, zwłaszcza kiedy ich muzyka jest tak dojrzała i przemyślana. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy po raz pierwszy widziałem ich koncert w serwisie YouTube, gdzie na scenie było trzech młodych chłopaków, a brzmieli jak doświadczeni muzycy z niemałą historią. Od tego czasu minęło już dwanaście lat, a oni wciąż potrafią mnie zaskoczyć. Ich muzyka wciąż się rozwija i ani trochę się nie nudzi.

Można pomyśleć, że album Live & Outta Sight II jest kontynuacją wydawnictwa, które pojawiło się w 2015 roku, lecz tak nie jest. Ten został zarejestrowany podczas holenderskiej trasy promującej krążek Thrust, która odbyła się na przełomie ubiegłego i obecnego roku. Zawiera głównie koncertowe wersje utworów z tej właśnie studyjnej płyty i kilka z poprzedniej, czyli Roux-GA-Roux. Znalazło się ich tu jedenaście, co daję nam ponad siedemdziesiąt minut świetnej muzyki. Uważam, że DeWolff najlepiej prezentują swój kunszt właśnie na scenie, więc premiera takiego wydawnictwa jest dla mnie niesłuchanie radosna. Ich mocną stroną jest improwizacja, dzięki której w niebanalny sposób rozwijają swoje numery. Świetnym przykładem jest Deceit & Woo, który w oryginalne trwa niecałe pięć minut, a na tym krążku aż jedenaście. I to jest właśnie jeden z wielu przykładów, dlaczego tak cenię sobie ich koncerty. Szkoda tylko, że nie udało mi się jeszcze zawitać na żaden z nich osobiście, ale kto wie co przyniesie przyszłość.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać Holendrów, to czas najwyższy nadrobić te zaległości. To wydawnictwo koncertowe jest idealnym punktem zaczepienia, aby poznać ich twórczość. Takie granie najlepiej brzmi na scenie, a nie w sterylnym studiu, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. To właśnie koncerty świadczą o wielkości kapel, a nie albumy studyjne. DeWolff już nic nie muszą udowadniać. Wystarczy, że będą podtrzymywać ten ogień przez kolejne lata, wydając takie właśnie krążki.


O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.