Cuda z Lasu

Freight Train Rabbit Killer

W miniony weekend odbyła się szesnasta edycja Gdynia Blues Festival. W ciągu czterech dni wystąpiło szesnaście zespołów. Większość z nich miałem już przyjemność podziwiać na scenie i byłem przekonany, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Myliłem się ogromnie. Duet z Missouri, o którym istnieniu nie miałem pojęcia, zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że wciąż nie mogę się „pozbierać”.

Rzadko kiedy bywam tak pozytywnie zaskakiwany podczas festiwali bluesowych. W większości przypadków, muzyka grana na takich imprezach, nie różni się znacząco od siebie. Poprawnie zagrany blues, ale nic nadzwyczajnego. Po tylu latach potrafi mnie to nużyć, dlatego tym bardziej doceniam muzyków, którzy wychodzą poza ograne schematy i tworzą coś unikalnego. Freight Train Rabbit Killer jest tego najlepszym przykładem. Ich twórczość jest naprawdę zjawiskowa.

Duet ten powstał około czterech lat temu, kiedy Kristopher Bruders, znany wcześniej pod pseudonimem Freight Train oraz Mark Smeltzer, czyli Rabbit Killer, zdecydowali połączyć swoje siły. Od tego czasu dali się dobrze poznać publice w Kansas City, a od niedawna prezentują swoją twórczość poza granicami Missouri oraz po drugiej stronie Atlantyku.

Ciągle zastanawiam się, jak najlepiej opisać ich twórczość. Myślę, że określenie „hard trans blues” jest całkiem na miejscu, lecz to wciąż za mało precyzyjne. Sami muzycy określają swoją muzykę jako „doom blues”, „muddy roots blues” lub „apocalyptic roots”. Ciężkie i surowe brzmienie dwóch gitar potrafi przytłoczyć. Gitar, które albo wyglądają jak złożone z kilku losowych kawałków, bądź przeszły już zbyt wiele podczas swojego żywota. Klimat dopełnia barwa ich głosów, które są głębokie i równie surowe, co dźwięki instrumentów. Do tego niepokojące śmiechy, wycie i metaliczne świsty, które kojarzą mi się głównie z szaleństwem. Ale samo brzmienie to nie wszystko. Całość, w jakiś lekko upiorny i przerażający sposób, dopełnia ich garderoba. Ubrani są w specjalnie przygotowane stroje i maski, które pojawiają się częściej w naszych koszmarach niż na bluesowych scenach. Niesamowicie mocno potęguję to odbiór muzyki. Ich styl mocno kojarzy mi się z mrocznymi bagnami, cmentarzami i opuszczonymi chatami w środku lasu. Atmosfera nie do podrobienia. Muzycy garściami czerpią z dawnych lokalnych wierzeń, obrzędów i legend o nadprzyrodzonych zjawiskach. Na swoje teksty adaptują m.in. prastare pieśni pogrzebowe. Coś wspaniałego.

Cały koncert stałem niczym sparaliżowany, chłonąć ten niepowtarzalny klimat. Nie miałem jeszcze okazji bycia świadkiem takiego występu. Wciąż nie mogę przestać o nim myśleć, a o uwolnieniu się od ich dźwięków nie ma nawet mowy. Ich twórczość będzie nawiedzać mnie jeszcze bardzo długo. Mam nadzieję, że Was też.


O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.