Blues w Leśniczówce 2018 – Brzoza Muzyczna
Relacje

Blues w Leśniczówce 2018

Ostatni weekend czerwca spędziłem w Lasach Mirachowskich, gdzie odbyła się dwunasta odsłona festiwalu Blues w Leśniczówce. Dwa magiczne dni wypełnione po brzegi muzyką i znakomitym towarzystwem. Pomimo, że tym razem oferta muzyczna nie była skrojona pod mój gust, i tak postanowiłem napisać ten tekst. Tym razem jednak o samych dźwiękach wiele nie będzie.

Dwunasta edycja festiwalu; ósma, bądź dziewiąta z moim udziałem; pierwsza, która rozczarowała mnie muzycznie (z kilkoma wyjątkami). I wiecie co? Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. W przyszłym roku też zamelduję się pod sceną w Mirachowie. Specjalnie zaczynam ten tekst w ten sposób, ponieważ chciałem przedstawić Wam trochę inną wizję tego festiwalu, wyjątkowo nie poświęcając zbyt wiele uwagi muzyce, która bądź co bądź, zazwyczaj jest głównym punktem takiego wydarzenia. To, że nie spodobał mi się tegoroczny repertuar, jest jedynie winą mojego gustu, który zrobił się bardzo wybredny (z całym szacunkiem dla artystów, których lubię i szanuję). Wiem, że większość publiczności bardzo ciepło przyjęła dźwięki grane na scenie. Jeśli macie ochotę poczytać o występujących tam artystach, musicie poszukać relacji gdzie indziej. Ja skupię się na trochę innych aspektach.

Nie skłamię, kiedy powiem, że Blues w Leśniczówce, wraz z festiwalem Las, Woda & Blues, są moimi ulubionymi punktami w kalendarzu bluesowych imprez. Nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze, jak właśnie tam. Do Leśniczówki czuję jeszcze większy sentyment, ponieważ koncerty odbywają się bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania. A w dodatku na Kaszubach, które są moim ulubionym regionem naszego kraju. Do tego dochodzi jeszcze moja miłość do lasów, więc sam pomysł słuchania muzyki na żywo w takich okolicznościach przyrody jest dla mnie wielce interesujący.

Przejdźmy więc do tegorocznej edycji Bluesa w Leśniczówce. Tylko o czym pisać, kiedy już na wstępie zapowiedziałem, że o muzyce będzie niewiele? Ha! O wszystkim innym! Krzysztof Melder ze swoją Ekipą stworzyli tak wspaniałą atmosferę, że gdyby w przyszłym roku nikt nie zagrał na scenie, to i tak będę jedną z pierwszych osób, które tam przyjadą. Dlaczego? Dlatego, że Blues w Leśniczówce to głównie ludzie, którzy pojawiają się tam każdego roku. Tym razem przyjechało jeszcze więcej znajomych niż zazwyczaj. To również udowadnia, że Blues w Leśniczówce staje się coraz bardziej popularny. Nawet na wiele większy Gdynia Blues Festiwal nie przyjeżdża tak wiele osób z „bluesowej rodziny”. Czemu? Myślę, że powodów jest wiele. Po pierwsze festiwal odbywa się w środku lasu, z dala od gwaru miast i mniejszych miejscowości. Można przyjechać, rozbić namiot, czy postawić auto, w którym się śpi. I to wszystko kilkanaście metrów od centralnego punktu festiwalu. Dzięki temu wszyscy czują, że są częścią tego całego „zamieszania”. Tworzy się pewnego rodzaju więź z uczestnikami tego wydarzenia. Po drugie – pełna wolność i wzajemny szacunek. Nikt nie powie ani słowa, kiedy zajmiemy w kilkanaście osób cały stół pod sceną. Publiczność potrafi wyjąć domowe jadło, różnego rodzaju wypieki czy alkohol. I nikt tego nie zgani, ani nie zabroni. Oczywiście pod warunkiem, że każdy po sobie posprząta i będzie zachowywał się kulturalnie. Kiedy nie jesteśmy tak przygotowani, zawsze można skorzystać z punktu gastronomicznego, który również oferuje dobre jedzenie i różnego rodzaju napitki. Jednym zdaniem: dla każdego coś miłego. Po trzecie – Kaszuby. Kto kiedykolwiek był na Kaszubach, wie o czym piszę. Kiedy na scenie nie gra muzyka, warto udać się do otaczających festiwal lasów. W odstępie kilku kilometrów znajdziemy cudowne jeziora, jaskinie, bunkry z czasów II Wojny Światowej i wiele więcej. Podczas Bluesa w Leśniczówce nie ma ani chwili nudy. Tegoroczna edycja była jeszcze bardziej kaszubska niż zazwyczaj. Cieszy mnie to, że Organizatorzy, w tak fajny i ciekawy sposób, promują kulturę tego regionu. Na scenie wystąpił Romek Puchowski wraz z zespołem Przodkowianie. Było to połączenie dwóch światów: bluesowego i kaszubskiego. Całość robiła niesamowite wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z tradycyjnymi tańcami ludowymi. Oby więcej takich projektów w przyszłości.

Niestety w przyszłości może nie być już tak pięknie. Organizatorzy każdego roku walczą o fundusze na ten festiwal. „Dobra zmiana” dociera powoli również do Mirachowa. Według niektórych, blues nie jest muzyką, w którą warto inwestować. My, czyli publiczność, możemy tego nie zauważać, lecz takie są fakty. Krzysztof Melder każdego roku „wychodzi z siebie”, abyśmy tego nie odczuli. I chwała mu za to, gdyż od wielu lat tworzy jeden z najpiękniejszych festiwali w naszym kraju. Myślę, że jeśli mu w tym nie pomożemy, „my” czyli publiczność, w kolejnych latach możemy się już w Mirachowskich Lasach nie spotkać. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, ale tak właśnie może się stać. Do kolejnej edycji festiwalu jeszcze dużo czasu, więc mam nadzieję, że uda się przezwyciężyć wszystkie niedogodności. W końcu Krzysiu wraz z wszystkimi, którzy tworzą tą wspaniałą imprezę, robią to wyłącznie dla Nas. W końcu przyszedł czas, abyśmy My, czyli publiczność, zrobili coś dla nich. I zrobimy!

Galeria (fot. Krzysztof Zakrzewski)

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.