Chris Robinson Brotherhood – Berlin (09.03.18) – Brzoza Muzyczna
Relacje

Chris Robinson Brotherhood – Berlin (09.03.18)

Chris Robinson Brotherhood koncertują właśnie po Europie, więc nadarzyła się okazja, aby posłuchać ich dźwięków na żywo. Wybraliśmy występ w berlińskim klubie Bi Nuu i w doborowym towarzystwie wyruszyliśmy ku przygodzie. I powiem Wam, że było warto!

Pojechałem na ten koncert z bardzo neutralnym nastawieniem. Chris Robinson Brotherhood znam i lubię, lecz w związku z ich występem nie towarzyszyło mi żadne uczucie podniecenia. Może dlatego, że nigdy nie byłem tak wielkim fanem, jak reszta moich towarzyszy drogi. Wiedziałem, że mogę spodziewać się grania na wysokim poziomie, lecz ich muzyka nigdy nie powodowała u mnie gęsiej skórki. Tym razem było inaczej. To co usłyszałem podczas koncertu, przeszło wszelkie moje oczekiwania.

Zacznijmy jednak od początku. Wyprawa do Berlina została zaplanowana w precyzyjny sposób i jej styl można opisać wyrażeniem „hit & run”. Naszą ośmioosobową grupą wyruszyliśmy zamówionym busem i po sześciu godzinach byliśmy w stolicy Niemiec. Dojechaliśmy w bardzo dobrych humorach, a do koncertu pozostała jeszcze godzina. Pojawiło się również wielu naszych znajomych z Polski, więc zrobiło się bardzo swojsko. Na kilka minut przed występem zespołu, klub wypełnił się w całości. Miejsce było wielkości gdyńskiego Ucha, więc myślę, że mogło być około pięciuset osób. Zrobiło się trochę tłoczno, czego bardzo nie lubię, lecz w momencie kiedy kapela zaczęła grać, wszystkie niedogodności zniknęły. Może nie od razu, ale przy trzecim numerze byłem już w takim transie, że liczyły się wyłącznie dźwięki ze sceny. Początek występu był dla mnie trochę zbyt „countrowy”, czego nie jestem miłośnikiem, lecz po chwili muzycy weszli w bardzo psychodeliczne i jambandowe klimaty, które tak wielce ubóstwiam. Zostałem rozłożony na łopatki. Jak przez cały okres planowania wyjazdu do Berlina nie czułem podniecenia, tak teraz ciary miałem na całym ciele. Uczucie nie do opisania. Scena wypełniona była zapachem i dymem kadzidełek, co w połączeniu z muzyką tworzyło magiczną atmosferę. Numery ciągnęły się przez kilkanaście minut, a jakość nagłośnienia pozwalała na niesamowitą „wczówkę” w każde partie instrumentów. W tym miejscu należy pogratulować akustykom świetnej roboty, gdyż już bardzo długo nie miałem przyjemności uczestniczenia w tak doskonale nagłośnionym koncercie. Dźwięk był jak żyleta, co jeszcze bardziej potęgowało odbiór. Dwie i pół godziny kapitalnego grania.

Nie będę pisał jakie numery zostały zagrane, ponieważ nie znam ich twórczości na tyle dobrze, aby wymieniać tytuły. Pojechałem tam głównie dla muzyki przez duże M, ale nie sądziłem, że będę pod tak ogromnym wrażeniem tego, co usłyszę. Uczestniczenie w ich koncercie, a słuchanie studyjnych płyt w domu, to zupełnie inna galaktyka. Chris Robinson za pomocą swojego wokalu nadaje wszystkiemu unikalnego charakteru, ale to reszta zespołu tworzy tak genialną atmosferę. Jestem pod wielkim wrażeniem gitarzysty i klawiszowca. To właśnie ich gra podobała mi się najbardziej. Neal Casal wydobywał z gitary dźwięki nie do opisania. Takich muzyków nazywam „profesorami”. Pełen profesjonalizm, kunszt, a zarazem lekkość i chęć do improwizacji. A kiedy wdawał się w „pogaduchy” z klawiszami, za którymi siedział Adam MacDougall, to dosłownie odpływałem. Te jego psychodeliczne, a czasami wręcz „kosmiczne” klawisze, wypełniały przestrzeń klubu co chwilę. Zawsze „miękną mi nogi” kiedy klawisze pełnią ważną rolę w kapeli, więc byłem w siódmym niebie. Mistrzostwo świata.

Polecam koncerty Chrisa Robinsona i spółki każdemu sympatykowi dobrej muzyki. Bawiłem się niesamowicie. Ich granie naładowało mi akumulatory na kolejne miesiące. Mamy dopiero początek roku, a już koncertowa poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Dawno żaden koncert nie wywołał u mnie tylu wspaniałych emocji. To był magiczny wieczór w Berlinie. W cudownym nastroju zapakowaliśmy się do naszego busa i rozpoczęliśmy podróż powrotną. Wymęczeni i zadowoleni, oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Oby takie wyprawy w stylu „hit & run” zdarzały się częściej.

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.