Cuda z Lasu

Birth Control

Live kapeli Birth Control, przez wielu krytyków uważany jest za najlepszy koncertowy krążek w historii niemieckiego rocka. Minęło już prawie czterdzieści lat od debiutu tego albumu, a wciąż zrywa czapki z głów. Chciałbym Wam o tym wybitnym dziele przypomnieć, ale jednocześnie uniknąć pisania typowej recenzji. Powstało ich wiele, więc nie widzę sensu, aby tworzyć kolejną.

Birth Control to niemiecki zespół, który powstał w 1966 roku w Berlinie. Skład osobowy zrodził się, dzięki połączeniu sił dwóch kapel: The Earls i The Gents. Pierwszy line-up prezentował się następująco: Bernd Koschmidder (bas), Reinhold Sobotta (klawisze), Rolf Gurra (saksofon, wokal), Fritz Gröger (wokal), Reiner Borchert (gitara), Hugo Egon Balder (perkusja) i Klaus Orso (gitara). Nazwa kapeli związana jest z ogłoszeniem Humanae vitae w lipcu 1968 roku. Była to encyklika papieża Pawła VI, która mówiła o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego. Muzycy, słuchając radiowych audycji, które poruszały ten temat na bieżąco, wpadli na pomysł nazwania zespołu angielskim odpowiednikiem słowa „antykoncepcja”. Na początku zasłynęli z grania coverów Julie Driscoll. Po wielu zmianach personalnych ukształtował się skład, w którym przystąpili do nagrywania swojego debiutu. Balder, Borchert, Gröger i Orso odeszli. Bernd Noske usiadł za perkusją, a Bruno Frenzel chwycił za gitarę. W takiej formacji przystąpili do tworzenia wspaniałego okresu dla niemieckiej muzyki.

Debiut Birth Control z 1970 roku pojawił się w bardzo nietypowym opakowaniu – okrągłym pudełku, które wyglądem przypominało to, w którym sprzedawano pigułki antykoncepcyjne. Był to album, który głównie opierał się na jazz rocku. Bardzo solidna pozycja w ich dyskografii, która udowodniła, że finalnie wyklarowany skład, potrafi dokonać wielkich rzeczy. To dzięki doświadczeniu z jazz rockiem, kolejne płyty były tak dobre. Potrafili w rewelacyjny sposób uzupełnić ciężką muzykę rockową o jazzowe elementy, dzięki czemu ich brzmienie było tak oryginalne i pełne zarazem. Druga płyta Operation, po dziś dzień, uważana jest na jeden z najlepszych albumów w historii krautrocka. Kapitalne rockowe granie, wypełnione cudownym wyciem gitary i cholernie klimatycznymi klawiszami. Brzmienie głosu Noske jest kapitalne samo w sobie i momenty kiedy śpiewa, traktuję na równi z rolą instrumentów. Na tej płycie nie ma słabych momentów. Żadnych. W tamtym czasie, nie tylko ich muzyka była na językach wszystkich fanów rocka. Powstało wiele kontrowersji na temat okładki krążka Operation. Przedstawiała ona mrówczą bestię, która pożera niemowlęta, a wszystko to na oczach papieża. jak można się domyśleć, atakowani byli głównie przez radykałów. To również pomogło im zyskać większą sławę na zachodzie. Na Wyspach zaczęto mówić o nich coraz więcej i zostali pierwszą niemiecką kapelą, która wystąpiła w słynnym londyńskim Marquee Club.

W trakcie drogi ku wspomnianym na początku krążku Live, wydali jeszcze album kompilacyjny, który zawierał wybrane numery z pierwszych dwóch oraz znakomite Hoodoo Man. Był to okres kolejnych zmian personalnych. Z kapeli odszedł Sobotta i finalnie jego miejsce przypadło Wolfgangowi Neuserowi. Były obawy o jakość klawiszy, lecz Neuser szybko zamknął usta wszystkim malkontentom. Aranże oparte na gitarze i klawiszach stały się jeszcze ciekawsze. Ogromna ilość improwizacji sprawiła, że album został przyjęty wyśmienicie. Pomimo, że tym razem w graniu można było wyczuć już więcej naleciałości z muzyki bluesowej, materiał wciąż przesycony był ciężkim rockiem. Po kilku trasach koncertowych ponownie przyszła pora na zmiany. Odszedł założyciel zespołu Koschmidder oraz Neuser. Na ich miejsce przyszli Peter Föller i Bernd Held. Jako drugi gitarzysta dołączył Dirk Steffens. W składzie Noske, Frenzel, Steffens, Held i Föller nagrali w 1974 roku płytę Rebirth. Po wypracowaniu świetnego rockowego brzmienia z elementami bluesa, jazzu i progresji, tu jakby wszystko to zniknęło. A co za tym idzie, zniknął również urok Birth Control. Dalej uważam, że jest to dobra pozycja, lecz brakuje tego przysłowiowego pazura.

Z zespołu odszedł Steffens i pozostała czwórka pojechała w trasę koncertową. W ten sposób narodził się koncertowy album Live. Muzycy, którzy stworzyli średnie Rebirth, przeszli samych siebie na tej koncertówce. Pięć utworów, które wręcz powalają. Pojawiły się tu najlepsze dzieła zespołu, które zostały dodatkowo wypieszczone. Otwierający The Work Is Done, który na Operation trwa siedem minut, tu został rozwinięty do siedemnastu. Długie partie instrumentalno-improwizacyjne nadały wszystkiemu jeszcze bardziej mocarnego brzmienia. Co chwilę trzeba zbierać szczękę z podłogi. Tu nie ma chwili na wytchnienie. Nawet w momentach, kiedy tempo nieco spada, brzmienie instrumentów powoduje gęsią skórkę. Jedna wielka jazda bez trzymanki, która mogłaby trwać wieczność. Kolejne na liście Back From Hell potrafi przywalić jeszcze mocniej. Potężna perkusja wręcz przygniata i w połączeniu z klawiszami, co chwilę potęguje klimat. Na końcu wszystkie instrumenty cichną, by dać miejsce kapitalnym bębnom. To, co wyprawia tutaj Noske, przechodzi wszelkie pojęcie. Gamma Ray to chyba najsłynniejszy numer z albumu Hoodoo Man. Dziesięć minut dłuższy od oryginału ze studyjnego krążka, w którym gitara, pod palcami Bruno Frenzela, „gada” niczym zaczarowana. Pojawił się również She’s Got Nothing On YouRebirth, lecz tu brzmi świetnie. Na moment koncert staje się spokojniejszy i można „złapać trochę powietrza”. Ale niech Was to nie zmyli. Numer zyskał więcej „pazura”, którego tak brakowało na poprzednim krążku. Wszystko zamyka Long Tall Sally, za pomocą którego zespół tworzy kapitalny rock’n’rollowy klimat. Nadali temu dziełu Little Richarda nowego życia, którym w ciekawy sposób zamknęli album.

Ta płyta jest dla mnie najlepszym przykładem na to, jak powinny brzmieć albumy koncertowe. Znając dobrze całą twórczość Birth Control, która pojawiła się wcześniej, mogę stwierdzić, że jest kwintesencją ich bogatego dorobku. I pomimo licznych roszad personalnych (tylko Noske i Frenzel brali udział przy nagrywaniu debiutu), Live jest dla mnie najgenialniejszym tworem tej niemieckiej kapeli. Jest również doskonałym przykładem wielkości niemieckiej muzyki rockowej, która często określana jest mianem krautrocka. Jest tu wszystko, co kocham. Długie i bardzo rozbudowane aranże, które powalają ciężkością, ale jednocześnie zachwycają brzmieniem gitar i klawiszy. Niemiecki styl muzyki jest nie do podrobienia. Mieszanka hard rocka, blues rocka, jazz rocka oraz mnóstwo progresji i psychodelii. Dodatkowo wszystko brzmi wręcz jambandowo. Czterdzieści lat minęło od premiery tego krążka, a wciąż sprawia mi ogromną radość. Wystarczy się z nim zapoznać, aby zrozumieć czemu tak bardzo wielbię muzykę naszych zachodnich sąsiadów.



O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.