Brzozowa Playlista #15 – Brzoza Muzyczna
Brzozowa Playlista

Brzozowa Playlista #15

Wkręciłem się ostatnio w albumy koncertowe. Jestem wielkim fanem grania na żywo, więc często sięgam po krążki live. Dzisiejszą playlistę zawdzięczamy głównie moim cudownym znajomym, którzy z okazji moich urodzin, podarowali mi dwa wspaniałe albumy w wersji winylowej. Co prawda, tylko jeden z nich jest „koncertówką”, ale to właśnie ten moment zaważył na kształcie tego wydania. Czego posłuchamy tym razem?

Posłuchamy muzy przez duże M! Zabiorę Was na przejażdżkę po dźwiękach, które niszczą system! No dobra, może jednak trochę zaszalałem. A więc, od początku. Zabiorę Was w podróż po rejonach rocka, które wręcz ubóstwiam. Długie, rozbudowane i pędzące, niczym rwąca rzeka, utwory. Właśnie taki rock lubię najbardziej. Można to nazwać klasyką tego gatunku, ale dla mnie, są to przede wszystkim numery, które w genialny sposób łączą wiele muzycznych szkół. Każdy wykonawca jest inny, ale nie ważne jakie wzorce stosuje w swoim graniu, wkłada w to całe serducho, pasję i co najważniejsze, ogromny wysiłek. I robią to z wielkim kunsztem. Taki rock już umarł (może z małymi wyjątkami), więc tym bardziej warto o nim pamiętać i również zapoznać się z tymi kapelami, których nie dane było Wam jeszcze usłyszeć.

Tak więc do rzeczy. Zaczniemy od szeroko rozumianego jazz rocka. Tu pojawia się pierwszy bohater moich urodzin – Chicago. Zostałem obdarowany albumem Chicago II, lecz po wysłuchaniu tego pięknie wydanego albumu, naszła mnie chęć sięgnięcia po inny krążek. A jeśli kiedykolwiek myślę o tej kapeli, sięgam automatycznie po Chicago at Carnegie Hall. Uważam to dzieło za najlepsze w twórczości Chicago, a także za jeden z najlepszych koncertów w ogóle. Nie ściemniam, serio. Wystarczy przesłuchać go jeden raz, by zrozumieć. Zaczniemy więc dzisiejsze wydanie playlisty od tego właśnie albumu. Niestety w wersji UK, więc nie znalazło się na nim kilka utworów, które są na wydaniu amerykańskim. Na szczęście lubię je wszystkie, więc większego problemu w wyborem nie miałem. Wybrałem dwa, które zabiorą Was w strumień niesamowitych dźwięków tej zjawiskowej orkiestry.

Później przyjdzie kolej na Climax Blues Band, ale niech nie zwiedzie Was słowo blues w nazwie. Specjalnie wybrałem taki kawałek, by wpasował się trochę w klimat Chicago, ale aby wciąż miał w sobie styl grania anglików. Numer pochodzi z koncertu, który zagrali w Nowym Yorku podczas trasy po drugiej stronie Atlantyku. Świetnie ukazuje jak można świetnie bawić się formą rockowo bluesową, dodatkowo wprowadzać jazzowe elementy. Petarda.

Rare Earth to już jazda bez trzymanki. Tu już wchodzimy na wody hard rocka, utrzymanego w bardzo fajnym groovie. Z tym hard rockiem może lekko przesadziłem, ale kiedyś wszystko co miało potężną perkusję, nazywało się ciężkim rockiem.Wybrałem Get Ready w wersji z koncertu w Chicago z 1974 roku. Jest trochę krótsza od tej legendarnej z Live in Concert, lecz ma w sobie nieopisaną siłę. Może po prostu mniej, ale intensywniej? Musicie sami ocenić. Numer rzeka po prostu.

Jak pomyślałem o roli perkusji w solidnym zespole rockowym, to od razu miałem przed oczami Gingera Bakera. To dopiero był zawodnik. Po swoich przygodach z Cream, podjął się grania wraz z braćmi Gurvitz. Uważam to za jeden z najlepszych okresów tego pałkarza. Jest spokojnie, bluesowo, melancholijnie. Po chwili zaczyna się lekka psychodela i nagle wszystko przyśpiesza. Znowu spokojnie, znowu bezpiecznie i ponownie odjazd. Czysty fun ze wspólnego grania na jednej scenie. Dlatego tak właśnie kocham koncertowe granie.

Nagła zmiana klimatu za sprawą Keef Hartley Band. „Bluesimy” po brytyjsku. Ale to właśnie w tym numerze pojawia się geniusz tej kapeli. Wszystko ciągnie się ku jambandowego grania i wchodzimy w gitarowo-klawiszowy trans. Dla mnie to wszystko jest właśnie tym rodzajem „rocka”. Tym najlepszym, tak różnorodnym. W końcu to wszystko musi się mieszać, aby było tak wspaniałe. Jeden wielki strumień kapitalnych dźwięków.

Edgar Broughton Band to zespół, który poznaję dopiero od jakiegoś czasu. Szczególnie zaciekawiła mnie płyta BBC in Concert z 1971 roku. Nie znałem ich twórczości jakoś dobrze, więc nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Fakt, jest to kapela specyficzna, ale ma swój urok. Ich muzyka potrafi zahipnotyzować. Wszystko jest „brudne”, może nawet przytłaczać, ale wkręca niesamowicie. Szorstki głos wokalisty i same soczyste odgłosy instrumentów. Bajka.

W tym momencie przechodzimy do dźwięków, którymi jestem zauroczony bez pamięci. Birth Control gra w moich głośnikach bez przerwy. Już kilka razy zespół ten pojawiał się w Brzozowej Playliście, ale jeszcze nigdy w wersji live. Jestem w trakcie pisania krótkiego wpisu na temat tego krążka, więc zostawię Was teraz z tym majstersztykiem, a jeśli macie ochotę dowiedzieć się o albumie Live czegoś więcej, to zapraszam na blog już niedługo.

Naszą podróż zamknie legenda brytyjskiej sceny blues rockowej, czyli Cream. Ponownie wracam do ich twórczości, a w szczególności to albumów koncertowych. Potrafią pokazać pazur podczas grania na żywo. Sunshine Of Your Love to klasyk sam w sobie, lecz nie wszyscy znają jego wersje koncertowe. Jest moc!

Liczę, że najnowsza playlista przypadnie Wam do gustu. Nagrania koncertowe są bardzo bliskie memu sercu i uważam, że dopiero koncert pokazuje, z jakiej klasy muzykami obcujemy. Życzę miłego odsłuchu!


O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.