Recenzje

Ibrahim Electric – The Marathon Concert

Przed Wami kolejna płyta, która mocno namieszała w mojej głowie. W końcu trafiłem na album, który spełnił wszystkie moje muzyczne zachcianki. Wypełnia go w pełni instrumentalne granie, które jest mieszanką wielu znakomitych stylów w muzyce. Nigdy wcześniej nie słyszałem o kapeli Ibrahim Electric, ale po zapoznaniu się z tym krążkiem, wiem, że szybko o nich nie zapomnę.

Za nazwą Ibrahim Electric kryje się trzech muzyków z Danii: Stefan Pasborg, Niclas Knudsen i Jeppe Tuxen. Ich debiutancki album pojawił się w 2004 roku, ale musiało upłynąć trzynaście lat, abym o nich usłyszał. W tym czasie wydali prawie dziesięć płyt. I wiecie co? Nie słyszałem żadnej z nich. Żadnej, za wyjątkiem The Marathon Concert, która pojawiła się w zeszłym roku. Jest to oczywiście w pełni zamierzone i już śpieszę z wyjaśnieniem. Krążek ten jest moim pierwszym zetknięciem z zespołem i tak mi się bardzo spodobał, że postanowiłem nie słuchać niczego innego, zanim nie napiszę tej recenzji. Jestem tak zafascynowany ich graniem na tym albumie, że nie chciałem, aby wcześniejsza twórczość wpłynęła na moją ocenę. Nie ukrywam, że pragnę jak najszybciej nadrobić zaległości, więc skupmy się nad The Marathon Concert.

Największe wrażenie zrobiła na mnie różnorodność dźwięków, które zostały utrwalone na tym krążku, a dokładnie dwóch krążkach, bo wydanie jest dwupłytowe. Znajduje się na nich koncert, który odbył się w Kopenhadze w 2016 roku. Był to sześciogodzinny maraton grania. Z całego materiału, który udało się zarejestrować, wybrali dwadzieścia sześć numerów, które pojawiły się na wydawnictwie. Fakt ten jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z wcześniejszą ich twórczością. Zwłaszcza, że traktuję ten album jako wypadkową ich grania. Jeszcze nie wiem czy słusznie, ale mam taką nadzieję.

Kiedy wysłuchałem płyty po raz pierwszy, miałem wrażenie, że The Allman Brothers Band połączyli siły z Rayem Manzarkiem. Jest to dość spłycone porównanie, głównie bazujące na ledwie kilku utworach, ale na tyle silne, że szybko utrwaliło mi się w głowie. Każdy numer jest mieszanką wielu gatunków. Co chwilę przeplatają się ze sobą rock, jazz, blues, funk, a nawet surf i afro-beat, które najbardziej odczuwalne są za sprawą klawiszy. No właśnie, klawisze. Ich brzmienie podoba mi się w tej płycie najbardziej. To co robi z tym instrumentem Jeppe Tuxen przechodzi wszelkie pojęcie. Dawno nie słyszałem, aby jedne klawisze wydawały z siebie tak szerokie spektrum dźwięków. Słuchając tego albumu bardzo szybko przypomni się Wam właśnie Ray Manzarek, który zapisał się na kartach historii jako jeden z najlepszych klawiszowców w muzyce rozrywkowej. Jeppe Tuxen swoim graniem bardzo go przypomina. Zwłaszcza w kawałku Blue Balls, który notabene stał się moim ulubionym na tym albumie, pokazuje, że brzmienie, które wypracował w swoich latach Ray, nie poszło w zapomnienie. To właśnie o tym numerze myślałem, kiedy pisałem wcześniej o Allman’ach i Rayu. Kapitalna sprawa. Razem z gitarzystą Niclasem Knudsenem i perkusistą Stefanem Pasborgiem tworzą kapitalnie zgraną paczkę, która bardzo dobrze rozumie się muzycznie. I czuć, że wspólne granie sprawia im ogromną radość. A przecież o to właśnie chodzi, gdyż publiczność wiele na tym zyskuje.

Ten album jest cudowną podróżą po wielu zakątkach świata. Mamy tu trochę południowego rocka, kalifornijskiego rocka, nowoorleańskiego jazzu, nowojorskiej awangardy, francuskiego jazzu i folku, klezmer jazzu, trochę europejskiego bluesa, brytyjskiego fusion i wielu innych pięknych brzmień, o których już wspominałem. A wszystko to podane jest w formie wyłącznie instrumentalnej, co wielce mnie cieszy, gdyż jestem słuchaczem, który przede wszystkim miłuje się w muzyce, a nie w śpiewie. Ibrahim Electric znakomicie żongluje tymi stylami i dzięki temu każdy utwór potrafi zaskoczyć, nie tylko po pierwszym zapoznaniu się. Jestem już po kilku pełnych sesjach z tym wydawnictwem i za każdym razem trafiam na jakiś nowy smaczek, którego wcześniej nie słyszałem. Dla mnie, jako osoby, która muzykę przeżywa dość mocno, takie odkrycia są na wagę złota i sprawiają najwięcej radości. Każdy utwór przynosi coś nowego, niespodziewanego. Dawno nie miałem w ręku tak genialnej płyty.

Nie ukrywam, że The Marathon Concert jest dla mnie jedną z najlepszych płyt, które dane mi było usłyszeć w tym roku, pomimo, że swoją premierę miał w roku ubiegłym. Ale jak mówi stare przysłowie – „lepiej późno, niż wcale”. Myślę, że jeszcze kilka razy zakręcę tym albumem w odtwarzaczu i w końcu zagłębię się w ich wcześniejszą twórczość. Ciężko opisać ich muzykę słowami, tego trzeba po prostu posłuchać i przekonać się osobiście. Gwarantuję, że się od Ibrahim Electric uzależnicie. I dobrze, gdyż takie uzależnienia są bardzo przyjemne.


Skład zespołu:

Niclas Knudsen – gitara
Stefan Pasborg – perkusja
Jeppe Tuxen – Hammond B-3


O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.