Cuda z Lasu

Sweet Smoke

Sweet Smoke to zespół, w którego muzyce zakochałem od pierwszego „wsłuchania”. Musi więc być coś na rzeczy, kiedy nie mając pojęcia o ich istnieniu, pierwsze dźwięki, które dane było mi usłyszeć, chodzą za mną nieprzerwanie od miesiąca. Dochodzi wręcz do sytuacji, że mam duże problemy z zaśnięciem, kiedy w tle nie gra ich muzyka. Jeśli tak mocno odbija się to na mojej psychice, to znaczy, że trzeba się nią podzielić z Wami.

Jak pomyślę, ilu jeszcze wybitnych kapel nie znam, to zalewam się potem. Płyty nie mieszczą się na półkach, biblioteka Spotify liczy setki pozycji, a tu nagle okazuje się, że w latach siedemdziesiątych istniał zespół, którego dźwięki wbijają w ziemię. Zdarza mi się to bardzo często. Z jednej strony jestem przerażony, kiedy pomyślę ile jeszcze jest nieodkrytych przeze mnie dźwięków, a z drugiej strony cieszę się jak małe dziecko. Czemu? Bo uczucie towarzyszące pierwszemu kontaktowi z rewelacyjną muzą jest nie do podrobienia. Uwielbiam, kiedy nieznane wcześniej dźwięki w jednej chwili wywołują na całym ciele gęsią skórkę, a na twarzy pojawia się ogromny uśmiech. Magia! Ale do rzeczy, w końcu chciałem napisać o kapeli Sweet Smoke.

Spędziłem kilka godzin w czeluściach internetu, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o bandzie. Na szczęście w serwisie Spotify i YouTube są wszystkie wydane przez nich krążki, więc muzyka była na wyciągnięcie ręki. I to jaka muzyka! Ale do tego jeszcze dojdziemy, więc wpierw trochę o samym zespole. Sweet Smoke tworzyli Amerykanie, którzy poznali się w dzielnicy Brooklyn w Nowym Yorku. Miało to miejsce w 1967 roku. Dwa lata później wydarzyła się rzecz rzadko spotykana wśród amerykańskich kapel – cały band przeniósł się do Niemiec. Tak po prostu. Utworzyli komunę w małej wiosce Hüthum, która położona jest blisko miasta Emmerich, kilometr od granicy z Holandią. Mieszkali na małej farmie, gdzie szybko zaprzyjaźnili się z miejscową ludnością. Zespół tworzyli wtedy Andy Dershin, Michael Fontana, Jay Dorfman, Marvin Kaminowitz i Victor Sacco, który został jednak szybko zastąpiony przez Steve’a Rosenstein’a. Ich muzyka była połączeniem wielu stylów, gdzie pierwsze skrzypce grała wyobraźnia, improwizacja i chęć luźnego eksperymentowania z dźwiękami. Często zespół zaliczany jest do nurtu krautrocka, którego elementy są bardzo mocno wyczuwalne w ich brzmieniu. Jak opowiadał później Rick Greenberg, który często grywał z zespołem, a później stał się pełnoprawnym członkiem: Przez te wszystkie lata zespół żył w Europie. Sweet Smoke to była kochająca się rodzina muzyków i przyjaciół, którzy weszli na drogę duchowego poszukiwania muzycznego uniesienia, gdzie każdy z nas chował swoje ego i dawał upust swojej wyobraźni, która przekładała się na spontaniczne granie pełne radości. Ta energia porywała nas na scenie, gdzie wizja nieba była w naszych sercach, a diabeł padał do naszych stóp. Mieliśmy na to wiele nazw: „Light” (światło), „Baba Nam Kevalam”, czy nawet „Baloo”, lecz te nazwy były tylko przelotnymi myślami, jak ten słodki dym (Sweet Smoke) – wdychasz i wypuszczasz, tak jak muzyka daje Ci wolność i ekstazę w momencie jej tworzenia.


W 1970 roku podpisali kontrakt z wytwórnią EMI. Nagrali u nich swój debiutancki krążek Just A Poke, który ujrzał światło dzienne w tym samym roku. Zawierał dwa kilkunastominutowe utwory, którymi udowodnili, że czują się wyśmienicie w klimatach progresywnego fusion. Pierwsza część albumu to Baby Night, który z początku hipnotyzuje za pomocą delikatnych dźwięków fletu i aksamitnego wokalu. Po kilku minutach zaczyna się muzyczna jazda bez trzymanki. Cudownie rozbudowane granie. Usłyszeć można również fragmenty The Soft Parade Jima Morrisona. Drugi numer o nazwie Silly Sally to już wręcz majstersztyk. Gitary chodzą jak zaczarowane. Na ukłon zasługuje długi moment wyciszenia, w którym na front wychodzi perkusja i bas. Dołącza również świetna praca saksofonu, co nadaję wszystkiemu dynamiki. Założę się, że nie raz odsłuchacie ten zjawiskowy album w całości!


Darkness to Light to drugi krążek w dyskografii Sweet Smoke. Pojawił się w 1973 roku, również dzięki wytwórni EMI. Na mnie nie zrobił tak dużego wrażenia jak poprzedni, ale wiem, że wielu osobom może się on podobać. Czemu? Przyznam, że nie jestem wielkim fanem dźwięków inspirowanych kulturą indyjską. Zaraz po nagraniu debiutu, zespół zrobił sobie rok przerwy i wyruszył do Indii w duchową podróż oraz w poszukiwaniu nowych inspiracji. Dołączyli do ruchu Ananda Marga, którego założycielem był Prabhat Ranjan Sarkar. Co ciekawe, o sukcesie swojej płyty dowiedzieli się od spotkanych w Nepalu niemieckich turystów. Wrócili więc do Niemiec, aby nagrać kolejny album. Do zespołu dołączył Jeffrey Dershin oraz Rochus Kuhn. Instrumentarium powiększyło się za sprawą dwunastostrunowej gitary. Również wzrosła rola fletu. Płyty słucha się przyjemnie, lecz jest dla mnie najmniej ciekawą muzycznie ze wszystkich trzech w dorobku.


Na koniec wisienka na torcie. Sweet Smoke Live to ostatni krążek w dorobku zespołu. Ostatni, ale śmiem twierdzić, że najlepszy. Ten zespół zasługiwał na album koncertowy i jestem wdzięczny, że tak się stało. To właśnie ta pozycja zbliżyła mnie do ich muzyki. Pod koniec 1973 roku z kapeli odeszli Jeffery Dershin, Michael Fontana i Steve Rosenstein. Ten ostatni został zastąpiony przez Ricka Greenberga. W 1974 roku postanowili zakończyć swoją przygodę. Dali ostatni koncert, który odbył się w Musikhochschule w Berlinie. Wspomogli ich John Classi oraz Martin Rosenberg. Wszystko zostało nagrane i pojawił się album zatytułowany Live. Oryginalnie na krążku znalazły się dwa numery: First JamShadout Mapes/Ocean of Fears. Reedycja z 2001 roku zawierała dodatkowo trzy kompozycje, które nie zostały wcześniej wydane, zapewne ze względu na ograniczone miejsce na analogu. Ten album to pokaz ich jam bandowego kunsztu. First Jam to jeden z tych tworów, które momentalnie łapią za serce. Esencja ich twórczości! Ciężko pisać o tych dźwiękach, je trzeba po prostu usłyszeć. Zespół pożegnał się z fanami w najlepszy sposób z możliwych.


Mam nadzieję, że ta krótka historia kapeli Sweet Smoke, zachęci Was do wysłuchania wszystkich trzech albumów. Jeśli lubicie jam bandowe granie, które łączy wszystko co najlepsze w muzyce rockowej, bluesowej i jazzowej, to będziecie wniebowzięci. Liczę, że dzięki temu wpisowi, Sweet Smoke ponownie zawita w odtwarzaczach wielu sympatyków dobrego grania. Taka muzyka nie może być zapomniana, byłby to grzech największy.

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.