Cuda z Lasu

Mondo Drag

Nie tylko bluesem człowiek żyje, a że od kilku tygodni „siedzę” głównie w klimatach progresywnych, to postanowiłem przedstawić Wam zespół Mondo Drag. Jeśli jesteście fanami progresywnego rocka z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, to gwarantuję, że muzyka Amerykanów przypadnie Wam do gustu.

Mój pierwszy kontakt z dźwiękami Mondo Drag miał miejsce przy okazji premiery trzeciego albumu w ich dorobku – The Occultation Of Light, który pojawił się w 2016 roku. Już pierwszy utwór na krążku sprawił, że płyta przez długi czas nie opuszczała mojego odtwarzacza. Po tym przyszła kolej na albumy z poprzednich lat i tak rozpoczęła się moja przygoda z ich twórczością. Ale zacznijmy od początku.

Mondo Drag to kapela, która działa na terenie Oakland, a swój debiutancki krążek wydała w 2010 roku. Gdybym nic o nich nie wiedział, to strzelałbym, że to zespół, który powstał w ubiegłym wieku. Zaznaczam, że takie stwierdzenie jest jak najbardziej pozytywne i chwała im za to, że brzmią jak brzmią. Moje serce wciąż najmocniej bije dla dźwięków tworzonych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, więc każdy band, który sięga stylistycznie do tamtych czasów, ma u mnie ogromnego plusa. Oczywiście pod warunkiem, że robi to dobrze. Muzycy z Mondo Drag potrafili znaleźć złoty środek, aby ich brzmienie nawiązywało do najwspanialszego okresu dla muzyki, ale jednocześnie nie są w tym odtwórczy. Brzmią bardzo oryginalnie, a jedynie stylistycznie nawiązują do minionej epoki. Jeśli miałbym ich komuś polecić i na szybko opisać ich twórczość? Myślę, że zdanie „Progresywno-psychodeliczne Black Sabbath” byłoby dość trafne, ale w ich muzyce jest o wiele więcej inspiracji, niż tylko twórczość Ozziego i Spółki. Na ich płytach słychać wzorce brytyjskich legend, jak Atomic Rooster, Uriah Heep czy Deep Purple. Da się również wyczuć wielką miłość do krautrocka, którego elementy są wspaniale wykorzystywane na ich płytach. Ich muzyka to znakomita mieszanka hard rocka, prog rocka i psychodelii. Wszystko pięknie oparte na gitarowych szaleństwach, które dzielnie wspomagają klawisze. Tu należy szczególnie pochwalić Joha Gamino, który na The Occultation Of Light udowodnił, że klawiszowcem jest wielkim.


Skład Mondo Drag:
John Gamino – klawisze i wokal
Nolan Girard – gitara i syntetyzatory
Jake Sheley – gitara
Ventura Garcia – perkusja
Andrew O’Neil – bas


Myślę, że warto rozpocząć przygodę z ich muzyką od debiutu New Rituals. Jest to album bardzo dobry, lecz w porównaniu z dwoma kolejnymi, jest albumem „tylko” bardzo dobrym. Myślę, że debiut miał za zadanie pokazać światu z kim ma do czynienia, lecz dopiero drugi i trzeci krążek ukazują prawdziwe oblicze kapeli. New Rituals jest, w porównaniu do pozostałych, krążkiem dość spokojnym. Tytułowy utwór, który otwiera płytę, jest świetną wizytówką tego, co czeka nas dalej. Dziewięć minut, które powinny dać Wam pojęcie o poziomie ich twórczości z początku ich kariery. Szybkie i mocne granie, które zarazem jest lekkie w odbiorze. A wszystko to dzięki niesamowitemu brzmieniu instrumentów, które świetnie się uzupełniają i nie tworzą jednej wielkiej „naparzanki”, czego w muzyce bardzo nie lubię. Częste zmiany tempa i zabawy z aranżem sprawiają, że dopiero po kilku odsłuchach można odkryć wszystkie smaczki. Wyjątkowości albumowi dodaje również fakt, że jest pierwszym i ostatnim krążkiem zespołu, który jest oldschoolowo hard rockowy, chociaż już tu słychać progresywne „ciągotki” muzyków. Kolejne to już progresywna jazda bez trzymanki.

Pomimo, że debiut kapeli jest bardzo udany i często wracam do tej płyty, to muszę przyznać, że Mondo Drag zostało stworzone właśnie do rocka progresywnego. Drugi w kolejności album Mondo Drag jest już w całości zagrany w klimatach progresywnych, gdzie w pierwszym rzędzie znajdują się gitary i klawisze. Zawiera siedem utworów, które z miejsca powinny przypaść do gustu. Oprócz ewolucji w brzmieniu, należy również zaznaczyć wielką zmianę stylu śpiewania. Wokal stał się, w pewnym sensie, dodatkowym instrumentem. John Gamino poczynił ogromną pracę od czasu debiutanckiego krążka, który oprócz bycia świetnym klawiszowcem, stał się również wokalista o bardzo ciekawym brzmieniu głosu. Większą rolę dostały również syntetyzatory, które często swoimi dźwiękami nawiązują do ojca elektroniki Klausa Schulze. Wszystko do siebie wspaniale pasuje. Nie wyczułem tu żadnych zgrzytów i pomimo, że da się wyczuć wiele muzycznych inspiracji, Mondo Drag wciąż jest kapelą oryginalną, która sprawia ogrom radości ze słuchania.

Jak na razie ostatni album kapeli, to wspomniany już przeze mnie The Occultation Of Light z 2016 roku. Zawsze będzie dla mnie albumem szczególnym, gdyż to właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z twórczością Amerykanów. Pomijając jednak moje sentymenty, trzeba przyznać, że jest to krążek wielkiego formatu. Pierwsze dźwięki potwierdzają, że Mondo Drag w rocku progresywnym czuje się najlepiej. Initiation wprowadza nas w cudowny świat, który zespół przygotował dla nas na tej płycie. To właśnie ten album najbardziej skojarzył mi się ze zdaniem „progresywno-psychodeliczne Black Sabbath”, co można poczuć już przy drugim kawałku. Takie wrażenie tworzy niewątpliwie charakterystyczny wokal, ale też mocne hard rockowe tło, na którym „szaleją” gitary wyjęte niczym z lat siedemdziesiątych, połączone z rewelacyjną linią klawiszy i innych „kosmicznych” dźwięków. Na myśl przychodzi również wczesne King Crimson, Pink Floyd czy Wishbone Ash. Zaskakują aranże, które w jednej chwili są ciężkie, wręcz przytłaczające, a w drugiej delikatne i melodyjne. Czym bardziej skupimy się słuchając, tym bardziej docenimy kunszt muzyków i wyłapiemy wszystkie detale, które składają się na świetny końcowy efekt. Bez wątpienia jedna z najciekawszych progresywnych płyt zeszłego roku.

Po muzykę Mondo Drag powinien sięgnąć każdy sympatyk rocka z lat siedemdziesiątych, a zwłaszcza tego z Wielkiej Brytanii. Gwarantuję, że spędzicie z nią wiele godzin i przy okazji każdego odsłuchu natraficie na coś nowego, czego wcześniej Wasze uszy nie wyłapały. Kawał świetnego grania!


Mondo Drag w serwisie YouTube:

Mondo Drag w serwisie Spotify:

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.