Relacje

Mirachowo 2017 – With A Little Help From Our Friends…

Tegoroczny Blues w Leśniczówce dotknął nieba. Dwa dni grania z najwyższej półki, świetna organizacja, wspaniali ludzie i mnóstwo pięknych uczuć, które pozostaną ze mną na długo. Dla takich chwil warto żyć. A z pomocą przyjaciół wszystko jest możliwe…

Mirachowo stało się najbardziej znanym miejscem na Kaszubach. Wszystko dzięki festiwalowi Blues w Leśniczówce, który istnieje od jedenastu lat. Organizatorzy, a zwłaszcza Krzysztof Melder, stworzyli niesamowitą atmosferę, która sprawiła, że mirachowskie lasy stały się jeszcze bardziej atrakcyjne. Dźwięki zawsze smakują najlepiej na łonie natury, więc nic dziwnego, że zjechało się tak wielu sympatyków muzyki. A trzeba przyznać, że pogoda w tym roku nie rozpieszczała. Deszcz padał nieustannie przez dwa dni. Fani bluesa są na szczęście odporni na takie „przeszkadzajki” i nic nie było w stanie popsuć dobrej zabawy.

Od strony muzycznej było wspaniale. Jedenasta edycja festiwalu okazała się być jedną z najlepszych. Każdy występujący zespół stanął na wysokości zadania i w lesie popłynęły cudowne dźwięki. W piątek mogliśmy gościć na scenie zespoły Mr. Big Jack, Blues Junkers, Gruff oraz amerykańską kapele Dave Fields Band. Chciałbym poświęcić ten wpis głównie na sobotni finał, więc ograniczę się tylko do napisania, że piątkowy wieczór definitywnie należał do chłopaków z Gruff. Widziałem wiele ich koncertów, ale żaden nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia jak ten piątkowy. Widać było, że chciało im się grać  i mieli z tego mnóstwo zabawy, co przełożyło się na najlepszy występ, na którym miałem przyjemność być.

Sobota również przywitała nas deszczem, ale było już zdecydowanie lepiej i pojawiały się suche momenty. Rano wszyscy chętni mieli możliwość przejechania się zabytkowym autobusem z 1936 roku (możliwe, że pomieszałem rok produkcji pojazdu, ale na pewno pochodzi z drugiej połowy lat trzydziestych). Pięknie odrestaurowany autobus zawiózł nas bezpiecznie do Kartuz, gdzie w Hotelu „Pod Orłem” można było zjeść smaczne śniadanie i posłuchać przyjemnych dźwięków w wykonaniu Natalii, Darka i Piotra, którzy kilka lat temu gościli w mojej audycji jako Young & Zgreds.

Popołudniowe granie na scenie festiwalu zainicjował Makar & The Children Of The Corn, którzy wypadli znakomicie. Kolejny przykład na to, że pomimo wielu ich koncertów, które dane mi było zobaczyć w tym roku, to właśnie ten mirachowski okazał się być najlepszym. Czyżby ponownie okoliczności przyrody wpłynęły na znakomita dyspozycję muzyków? Nic dziwnego, w końcu nie ma bardziej klimatycznego miejsca do grania muzyki w całej północnej Polsce. Później pojawili się również Bracia i Siostry oraz Pokój nr. 3, którzy jeszcze dorzucili do pieca.

Nie ukrywam, że na finałowy koncert jedenastej edycji Bluesa w Leśniczówce czekałem wiele miesięcy. Jan Gałach & Friends Plays The Allman Brothers Band – obok tego nie można było przejść obojętnie. Jasiu Gałach zaprosił wielu przyjaciół do wspólnego grania twórczości legendarnych The Allman Brothers Band. Na scenie pojawili się Jan Gałach, Paweł „Muzzy” Mikosz, Borys Sawaszkiewicz, Max Ziobro, Mariusz Korczyński, Krzysztof Kot i Marek Görlitz. Odpowiedni muzycy w odpowiednim miejscu. Ciężko opisać to, co działo się na scenie. Jedno wielkie szaleństwo. Dawno już nie przeżyłem koncertu tak emocjonalnie. Doświadczyłem wszystkiego, co najpiękniejsze w muzyce. Łzy szczęścia mieszały się z wielkim uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że to właśnie dla tej chwili powstał wszechświat. Czternaście miliardów lat minęło tylko po to, abym mógł stać w środku lasu i słuchać tak bardzo umiłowanych przeze mnie dźwięków. Wszystko się zgadzało. Ponad trzy godziny grania, które sprawiły, że wszyscy zapomnieli o zmęczeniu i lejącym się nieustannie deszczu. Bajka. Niesamowite przeżycie dla każdego miłośnika muzyki przez duże „M”. Widok świetnie rozumiejących się ze sobą muzyków i ogrom zabawy, którą mają z grania, jeszcze bardziej potęgował odbiór tych dźwięków. W trakcie koncertu na scenie pojawili się również gościnnie Paweł „Szucher” Szuszkiewicz, Andrzej „Makar” Makarewicz, Michał Kielak oraz Joanna Kaniewska, którzy wykonali z zespołem kilka utworów. Było cudownie. Chociaż zabrakło mi dwóch rzeczy do pełni szczęścia. Drugiego numeru z gościnnym udziałem Szuchera i Makara, którzy za szybko zeszli ze sceny. Aż prosiło się o zagranie kolejnego utworu w tym powiększonym składzie. W końcu gdzie się tu spieszyć? Drugą rzeczą, której zabrakło, był finał. Wyobrażałem sobie, że po takim graniu, na koniec wyjdą wszyscy artyści, którzy brali udział w tym koncercie i zagrają nam wielki finał. Niestety tak się nie stało i przyznam szczerze, że byłem na końcu trochę zawiedziony. Na szczęście stan ten szybko mi minął i jeszcze przez kilka następnych godzin nie mogłem przestać myśleć o tym występie. Jeden z najwspanialszych koncertów w moim życiu…

To były dwa dni pełne wspaniałych chwil. I żaden deszcz nie był w stanie tego popsuć. Cudowne dźwięki, mnóstwo przyjaciół i wspaniała organizacja – wszystko to złożyło się na rewelacyjny lipcowy weekend. Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że ten czas był tak przyjemny. A Tobie Krzysiu dziękuję najbardziej, bo stworzyłeś unikatowy festiwal, który już dawno zajął specjalne miejsce w moim sercu. Oby do następnej edycji!


Zdjęcia na profilu festiwaluhttps://www.facebook.com/Blueswlesniczowce/

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.