Recenzje

MA – DreaMa

Czekałem na ten album z wypiekami na twarzy. Znam niektórych muzyków z zespołu MA i wiedziałem, że jakiekolwiek dźwięki stworzą, będą one na najwyższym poziomie. Pomimo, że nie jest to do końca moje muzyczne podwórko, czułem, że będzie to coś naprawdę dobrego. I wiecie co? Miałem rację!

Przyznam, że ciężko pisze się o muzyce, której na co dzień się nie słucha. Nie znam się na tych dźwiękach. Ale ten krążek zrobił na mnie tak duże wrażenie, że grzechem byłoby nie napisać o nim ani słowa. Zacznijmy więc od początku.

Zdaję sobie sprawę, że muzykom z MA może nie spodobać się to, że poruszę tu temat nieistniejącej już kapeli Big Fat Mama, ale czuję, że muszę to zrobić, aby w pełni oddać mój stosunek do dźwięków, które znalazły się na tym albumie. Pisanie o muzyce jest bardzo subiektywne, a do tego, w moim przypadku, dochodzi jeszcze pamięć o wcześniejszych dokonaniach muzyków, którzy stworzyli coś nowego. Nie potrafię tego zmienić, więc liczę, że zostanie mi to wybaczone, choć myślę, że w tym przypadku pomogło mi to w jeszcze lepszym odbiorze tego, co znajduje się na albumie DreaMA. Tak więc do sedna. Aleksander Szerszeń i Mateusz Samolong to niesamowicie utalentowani muzycy, którzy tworzyli wraz z innymi zespół Big Fat Mama, który wręcz kochałem. Byłem świadkiem wielu ich koncertów i nie od dziś wiem, że wkładają w muzykę całe swoje serducha. Grają to co czują i nie podążają utartymi przez innych szlakami. Za to ich uwielbiam i pomimo tego, że Big Fat Mama i MA to zupełnie inne galaktyki, to można znaleźć tu wspólny mianownik – wychodzenie poza ramy tego, co znane i lubiane, a równocześnie nadawanie temu oryginalnego brzmienia. Brzmienia, od którego nie łatwo się uwolnić.

DreaMA to album, który ciężko zdefiniować. Mamy tu elementy funku, electro, psychodelii, soulu i wiele innych muzycznych inspiracji. I właśnie za to lubię ten krążek – za jego barwność. Jest tu tak kolorowo, że za każdym odsłuchaniem wyłapujemy nowe smaczki. Dźwięki potrafią wciągnąć nas w stan mocnego transu, który za każdym razem przybierze inną postać. Krążek otwiera dynamiczny The Message, który powala potężną perkusją, przez którą przenikają kosmiczne dźwięki syntetyzatorów. Wszystko to łączy piękny głos Martyny Szczepaniak, który potrafi wręcz zahipnotyzować. Kolejny Heaven’s Call zabiera nas w rejony subtelnej progresji, która za pomocą delikatnego brzmienia gitary łechta nasze zmysły. Swing Low to chyba na razie mój ulubiony kawałek z płyty. Soczysty riff przeplata się ze ze świetną pracą chóru i głosu wokalistki. Ancestors jest za to najbardziej zmysłowym utworem, który za każdym razem wywołuje u mnie ciary. Wyłaniający się niczym z mgły strumień surowych dźwięków, które w zetknięciu z czułym głosem Martyny, tworzą niezapomniane przeżycie. Zamykający krążek We Wish You Good Weed wspaniale kończy tą opowieść. Czuć tu ducha Pink Floyd, które jeszcze bardziej zachęcają do kolejnej podróży z tym albumem.

Każdy utwór przedstawia coś ciekawego i jedno przesłuchanie płyty jest niewystarczające, aby w pełni docenić smak tego albumu. Jest to moim zdaniem nierozłączna całość, której trzeba słuchać od początku do końca, aby poczuć tę magię, która kryje się wewnątrz. Jest to tak muzycznie bogaty album, że trudno opisać to słowami. Wsiąkłem po uszy. Martyna Szczepaniak, Dominik Szczepaniak, Kuba Maciejewski, Mateusz Samolong i Aleksander Szerszeń stworzyli coś unikalnego. Coś co potrafi rozłożyć na łopatki nawet mnie. A wierzcie mi, nie jest to takie łatwe. Każdy z Was powinien udać się w tą kosmiczną podróż, którą przygotowali nam muzycy z MA. Obowiązkowo!

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.