Relacje

Gerry Jablonski And The Electric Band – Poznań (05.02.17)

„Jeden, jedyny koncert w Polsce: 05 lutego 2017, godz. 20:00, Blue Note, Poznań”. Komunikat ten zauważyłem dwa tygodnie temu na jednym z portali społecznościowych. Minęły już prawie dwa lata od czasu, kiedy ostatni raz widziałem na scenie chłopaków z Gerry Jablonski And The Electric Band. A dla oddanego fana tej formacji, za jakiego lubię się uważać, taka przerwa to wieczność. Decyzja mogła być tylko jedna. Jadę do Poznania!

Po dotarciu do miasta Rogali Świętomarcińskich było już późno, więc jedyną opcją było znalezienie miejsca noclegu. W hotelu załatwiłem wszystkie formalności, zostawiłem w pokoju moją torbę i udałem się szybkim krokiem do słynnego Blue Note, usytuowanego na terenie pięknego Zamku Cesarskiego. Szybkim krokiem, gdyż było okropnie zimno, a ja zrobiłem się ostatnio, nie wiadomo czemu, strasznym zmarzlakiem… Pod klubem, kiedy już znalazłem wejście, pojawili się przed moimi oczami Piotr i Grigor. Radość ogromna, że w końcu mogliśmy się ponownie zobaczyć. W środku Gerry i Lewis zaczynali już leniwie próbę. Po przywitaniu się ze wszystkimi, muzycy weszli na scenę i rozległy się znajome dźwięki. Jak dobrze było je w końcu usłyszeć na żywo. W przypadku tego szkockiego zespołu nawet próby są nietuzinkowym doświadczeniem. Poziom ich poczucia humoru nie obniżył się choć odrobinę. Profesjonalne podejście do grania przeplata się z totalnym luzem i dystansem do siebie. Za to właśnie ich uwielbiam. Jako muzyków i jako ludzi.

Po szybkim nadrobieniu zaległości przy wspólnym obiedzie, trzeba było wracać do klubu. Była już lekka obsuwa, więc popędzili do garderoby, a ja pod scenę. Zlokalizowałem wiele znajomych twarzy i po kilku minutach witania się ze wszystkimi moimi przyjaciółmi, którzy również postanowili wpaść na koncert, Gerry Jablonski And The Electric Band pojawili się na scenie. Wielka ściana dźwięku uderzyła we wszystkich niespodziewanie. Było to Heavy Water, nowy numer zespołu, który znajdzie się na nadchodzącym albumie kapeli. Ze źródeł wiem, że prawdopodobnie będzie to singiel promujący krążek i powstanie też teledysk. Ale na razie cicho sza. Powiem tylko, że brzmi kapitalnie. Głośno, mocno, ale wciąż jak oni. Utwór płynie niczym wylewająca się ze swojego koryta rzeka, która tratuje wszystko na swojej drodze, ale w środku widać wszystko to, co zdążyła już porwać. Ściana dźwięku, a w niej wszystko idealnie rozpoznawalne. Harmonijka nadająca głębie, perkusja i bas, które wspaniale wypełniają tło i napędzają rytm. No i gitara Gerry’ego… W postaci ciężkiego riffu prowadzi całość do przodu, niczym drapieżny ptak, który leci dumnie nad rzeką i co jakiś czas pikuje, aby ponownie wzbić się w chmury. Wszystko to spina w całość świetnie przemyślany ton jego głosu, który nadaje temu kawałkowi niepowtarzanego klimatu. Poczułem ciary na całym ciele. Po tylu latach znajomości i niezliczonych koncertach, które dane mi było widzieć, ich muzyka wciąż potrafi mnie zaskoczyć. Coś wspaniałego!

Widać było, że pomimo zmęczenia trasą u naszych południowych sąsiadów, dali z siebie wszystko. Lubią wracać do naszego kraju i wiem, że granie u nas sprawia im niesamowitą frajdę. Miło było też widzieć licznie wypełnioną salę, co na koncertach w niedzielny wieczór, nie jest częstym widokiem. Poznaniacy szczególnie upodobali sobie Szkotów, więc samo grono lokalnych fanów wystarczyło, by wszystkie stoliki w Blue Note zostały zajęte. Oprócz kilku nowych utworów, których nie miałem jeszcze okazji usłyszeć, zagrali wiele moich ulubionych z poprzednich płyt, m.in. Slave To The Rythm, Skinny Blue Eyed Boy i Fork Fed Dog. Dwa sety minęły niczym chwila. Dwie godziny jazdy bez trzymanki. Nie ważne ile razy miałem przyjemność obcować z ich muzyką, ważne, że za każdym razem czuję się jak podczas pierwszego ich występu w Polsce, siedem lat temu w Szczecinie. Właśnie takie uczucia świadczą o wielkości zespołu. Dla takich wrażeń warto chodzić na koncerty.

Po tym, jak większość widzów opuściła klub, zespół zaczął pakować sprzęt, a ja mogłem kontynuować rozmowy z muzykami. Tym razem przy szklaneczce napitku królów. Niestety czas gonił, a oni musieli wstać wcześnie rano, by rozpocząć swoją podróż do Aberdeen, gdzie czekał na nich zasłużony odpoczynek po tygodniowej trasie koncertowej. Nie pozostało nic innego, jak się pożegnać i liczyć, że zobaczymy się ponownie w tym roku, na koncertach w Polsce. Przyjaciele odjechali, a ja wróciłem do pokoju hotelowego, gdzie próbowałem zasnąć, mając głowę pełną wspaniałych dźwięków. Dawno tak dobrze nie spałem.

GALERIA (fot. Jurek Hippmann)

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.