Relacje

Chango – Kartuzy (03.02.17)

Każde spotkanie z dźwiękami szczecińskiej formacji Chango jest wyjątkowe. Miałem przyjemność być na ich koncertach zaledwie dwa razy, a już teraz jestem święcie przekonany, że każdy kolejny będzie zupełnie innym doświadczeniem. W zeszłym roku, podczas Bies Czad Blues, kiedy miałem przyjemność obcować z ich muzyką po raz pierwszy, zrobili na mnie piorunujące wrażenie. Teraz, kiedy dane mi było ponownie usłyszeć ich w Kartuzach, wiem, że każdy kolejny koncert będzie równie fantastyczny, lecz na pewno inny. Czemu? Bo są to muzycy najwyższej klasy. A tacy muzycy nigdy nie grają identycznych koncertów. A takie podejście do sprawy cenię sobie najbardziej.

Chango to zespół ze Szczecina, którego historia mocno powiązana jest z nieistniejącą już kapelą Big Fat Mama. Zdaję sobie sprawę, że powrót do tego zespołu może być dla wielu tematem tabu, lecz nie jestem w stanie zacząć relacji bez kilku zdań o tej nietuzinkowej grupie. Nie da się ukryć faktu, że aż trzech muzyków zaczynało swoją muzyczną przygodę w tej właśnie formacji: Borys Sawaszkiewicz (klawisze), Szymon Drabkowski (gitara) i Kuba Fiszer (perkusja). Jeśli miałbym liczyć, to śmiało mogę powiedzieć, że uczestniczyłem w ponad dziesięciu koncertach Grubej Mamy. Każdy koncert był czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Grali mieszankę bluesa, rocka, funku, a ich aranże były wręcz zappowskie. Co to znaczy? Każdy kto kiedykolwiek miał przyjemność zetknąć się z twórczością Franka Zappy, temu tłumaczyć nie muszę. Reszcie powiem, że chodzi mi głównie o liczne zmiany w tempie danego utworu i szalone przejścia, które zwykłemu śmiertelnikowi nigdy nie przyszłyby na myśl. Jeden wielki rollercoaster dźwięków. Na pierwszy „rzut oka” chaos, lecz pod tą powłoką kryje się w stu procentach przemyślana aranżacja. Jestem wielkim miłośnikiem takiego grania, a Big Fat Mama robiła to znakomicie. Ten poziom grania jest bardzo słyszalny w Chango, ale muzycznie to już inna bajka.

Chango to właśnie trójka muzyków wymienionych wcześniej oraz Maciej Kałka na gitarze basowej. Rewelacyjni artyści, którzy bawią się muzyką. Od pierwszej nuty słychać, że muzyka sprawia im nie lada frajdę i potrafią zrobić z nią wszystko, czego zapragną. Debiutancki krążek „Mono vs. Stereo” pokazał się już prawie rok temu. Zebrał bardzo pozytywne opinie, co akurat mnie nie dziwi, gdyż jest to jeden z najlepszych polskich albumów 2016 roku. W całości instrumentalna muzyka (oprócz kilku wokalnych wstawek w numerze Gangsta Cat), która zabiera nas w podróż w wysoko ponad chmury, często zahaczając o granice kosmosu. Ciężko pisać o dźwiękach, którymi karmią nas muzycy zespołu Chango, gdyż jest to mieszanka wielu nurtów. Znajdziemy tu elementy rocka, jazzu, fusion, funku i wielu innych gatunków, z których często brane są zaledwie drobne detale, które nadają ich muzyce świeżości i ciężko się nią znudzić.

Nie ukrywam, że po wielokrotnym przesłuchaniu albumu „od deski do deski”, znam go na pamięć. Często jest tak, że idąc na koncert kapeli, której tak często słucha się z płyty, ma się wrażenie, że grają dokładnie to samo co na krążku. Jaki sens jest więc w słuchaniu muzyki na żywo? Po to idzie się na koncert danej grupy, aby zaznać czegoś nowego, czegoś niepodziewanego, czegoś czego nie usłyszy się na albumie studyjnym. Chango jest zespołem złożonym z muzyków, którzy rozumieją moje podejście na koncertów. W Kartuzach zagrali półtora godzinny set, złożony przeważnie z utworów obecnych na krążku, ale jakby inaczej. Za każdym razem słysząc znany motyw, już miałem w głowie kolejny fragment, który powinien zaraz wybrzmieć. A tu niespodzianka i słyszę zupełnie co innego. Konsternacja, a po chwili wielka radość i uśmiech na twarzy. I o to własnie chodzi w koncertach. O improwizacje, która jest tak ważna podczas grania na scenie. Nie każdy zespół to potrafi, a dla mnie zdolność improwizacji podczas koncertu jest rzeczą kluczową. Chango robi to wyśmienicie. Patrząc na muzyków można od razu zauważyć, że kochają to robić i zabawa dźwiękami jest na pierwszym planie. Ale do takiej „zabawy” potrzebny jest solidny warsztat i ogromne doświadczenie. Na szczęście wszystko to jest obecne w ich twórczości.

W Kartuzach usłyszeć mogliśmy również kilka nowych numerów, których na płycie nie ma, więc pozostaje czekać na nowy album, który mam nadzieję pojawi się jeszcze w tym roku. Zanim to jednak nastąpi, zachęcam do wybrania się na ich koncert, gdyż jest to niepowtarzalna okazja, aby poczuć ich muzykę całym ciałem. Nie są to dźwięki proste i łatwe, ale cholernie przyjemne.

Galeria (fot. Oliwia Szymichowska)

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.