Recenzje

Wolf People – Ruins

Wiele świetnych albumów z gatunku rocka progresywnego pojawiło się w 2016 roku. Nie będę ukrywał, że opisywany tutaj krążek należy do jednego z najlepszych, które dane mi było przesłuchać w okresie ostatnich 12 miesięcy. Wielka muzycznie Anglia, już niejednokrotnie udowodniła nam, że zespoły które tam powstają, znają się na rzeczy, jak mało kto. Dodatkowo tworzą dźwięki ociekające klimatem. Klimatem, którego tak często w graniu brakuje.

Wolf People poznałem przy okazji premiery ich drugiego albumu „Steeple” w 2010 roku. Przyznam się, że przeszedłem koło niego zbyt obojętnie. Podobał mi się, ale nie sprawił, abym do niego wrócił. Nie wiem czemu tak się stało. Możliwe, że w tamtym czasie „piłowałem do bólu” inny rodzaj grania i atmosfera płyty Anglików zwyczajnie się w to wszystko nie wpasowała. Nie ważne jaki był prawdziwy powód, ważne, że biję się z tego powodu w pierś. Ponowne spotkanie z zespołem przypadło na początek ubiegłego roku. W trakcie cotygodniowego przeszukiwania zbiorów serwisu Spotify, natrafiłem na Wolf People. Ujrzałem znajomo wyglądającą okładkę albumu „Steeple” i „utknąłem po uszy” w ich dźwiękach. To było szaleństwo. Dzień w dzień, w pracy, w domu, w samochodzie. Słuchałem ich twórczości bez przerwy calutki tydzień. Wpierw „Steeple”, później rewelacyjne „Fain” oraz „Tidings”, które datuje się na 2010 rok. No i zaczęło się wielkie oczekiwanie na nowe dźwięki, które miały pojawić się pod koniec 2016 roku. I tak w listopadzie światło dzienne ujrzało wydawnictwo o nazwie „Ruins”.

Wiedziałem, że „Ruins” musi być dobre. Wydane kilka tygodni przed premierą single jeszcze bardziej podkręcały atmosferę. Jedno przesłuchanie całości i wiedziałem, że jest moc. Esencja najlepszego grania lat siedemdziesiątych! Słuchając tego krążka nachodzą mnie wspomnienia najwspanialszych dźwięków, które w tamtym czasie powstały na Wyspach. Są w tym graniu obecne duchy wszystkich największych rocka progresywnego i psychodelicznego. Soczyste, opływające klimatem dźwięki gitary, która jest ostra, a zarazem delikatna w brzmieniu. W innym utworze bardziej poukładana, precyzyjna i wydająca z siebie szerokie spektrum dźwięków. Dwie gitary w kapeli to jest jednak strzał w dziesiątkę. To, co wyprawiają na tej płycie Jack Sharp i Joe Hollick, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie mu tu miejsca na żadne przydługie, często zbędne, solówki. Każdy ma swoją rolę do odegrania i robią to wyśmienicie. Kiedy jeden instrument wychodzi na przód, nakręca tempo i prowadzi główny wątek muzyczny, drugi wypełnia tło, które dodaje całości niepowtarzalnego charakteru. Wszystko to uzupełnia perkusja, której dyrygent Tom Watt, wraz z basistą, którym jest Dan Davies, wypełniają tyły i robią to w bardzo dobry, nie nachalny sposób, który bardzo sobie w takim graniu cenię. Przypomina to najlepsze czasy Wishbone Ash.

Poruszyłem temat Wishbone Ash, więc może wyjaśnię, czemu akurat o nich mowa. Po pierwsze z technicznego względu. To samo instrumentarium i często bardzo podobne zagrywki muzyczne. Słychać na jakiej muzyce wychowywali się Ci młodzi artyści. Oczywiście skojarzeń z dźwiękami kapel z ubiegłego wieku znaleźć tu można wiele, ale czemu się temu dziwić, skoro wszystko co najlepsze, powstało właśnie wtedy. Wolf People bierze co najlepsze i tworzy z tego swój nietuzinkowy charakter i wydźwięk. I robi to tak, że aż powstają ciary, kiedy się tego słucha. A to zawsze był i będzie najważniejszy czynnik w ocenianiu jakiejkolwiek muzyki. Ale wróćmy do mojego skojarzenia z zespołem Turnera i Powella. Głos wokalisty Jacka Sharpa. To chyba najbardziej charakterystyczny element w muzyce Wolf People. Jego barwa głosu i maniera śpiewania jest fantastyczna. Nie ukrywam, że właśnie to sprawia, że Wishbone Ash tak często pojawia się w mojej głowie, kiedy słucham krążka „Ruins”, czy też poprzednich albumów. Wysoki ton, ciepła barwa i duża zdolność modulowania głosu, to główne atuty Sharpa. Moje największe wokalne odkrycie ostatnich lat. Mówię Wam, że będziemy kiedyś wspominać jego głos, jak teraz wspominamy Grega Lake’a czy Steve’a Winwooda. To jest ten sam kaliber.

Ciężko mi opisywać jakikolwiek utwór z osobna, gdyż wszystkie są unikatowe. Ma to sens kiedy zaledwie kilka wyróżnia się ponad przeciętność, lecz tutaj nie ma to przełożenia. Każdy z dwunastu kawałków jest cudowny na swój sposób. Otwierający płytę „Ninth Night”, „Night Witch” czy „Crumbling Dais” to ciężkie, szybkie granie, które zarazem jest niesamowicie melodyjne i poukładane. „Kingfisher” i „Thistles” to przepiękna parada dwóch gitar, które wznoszą na szczyt naszej wyobraźni. Wszystko to wypełnia cudownie ciepły głos Sharpa. Istny kosmos. Ten album musi wysłuchać każdy szanujący się wielbiciel rocka. To jest ta esencja.

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.