Relacje

Bluesonalia 2013

Długo zbierałem się z napisaniem tej relacji, ale to pewnie dlatego, że mój umysł musiał wyjątkowo długo analizować wszystko to, co wydarzyło się kilka dni temu w Koninie. Nie pamiętam już festiwalu, który taką ogromną dawkę muzyki serwuje w zaledwie dwa dni. Nie była to muzyka prosta i przyjemna, chociaż to drugie słowo dziwnie tu brzmi, gdyż nie ma nic przyjemniejszego od tego, co dane nam było usłyszeć. Wydaję mi się, że lepszym sformułowaniem będzie – „wymagająca skupienia”. Trzeba również zaznaczyć, że w tym roku nazwa „Bluesonalia” mogła być dla wielu myląca – „typowego” bluesa było mało, wręcz wcale. Idąc jednak tropem Willie Dixona i jego słów „blues to korzenie, reszta to owoce”, nie ma się czego czepiać i osobiście bardzo mi się podobał kierunek obrany przez Organizatorów.

Piątkowe koncerty rozpoczęły się za sprawą Romka Puchowskiego, który wraz z Keithem Dunnem i Grzegorzem Grzybem pojawili się na małej scenie w Domu Kultury „Oskard”. Ich godzinny występ zabrał nas do krainy wypełnionej czystym bluesem, w której byliśmy raczeni pięknymi dźwiękami gitary dobro, harmonijki i perkusji. Bardzo lubię występy Romka i Keitha – za każdym razem wprowadzają mnie w świetny nastrój. Podobnie było i tym razem. Lecz wraz z ich występem skończył się blues. Dalsza część festiwalu przybrała już nieco inną formę – nadszedł czas na mocniejszą jego odmianę. Przyszedł czas na blues rocka.

Kilkanaście minut przerwy i na scenie pojawili się moi ulubieni Szkoci, czyli formacja Gerry Jablonski and the Electric Band. Podróżują po naszym kraju już od kilku lat i przy okazji każdego koncertu, który mogę zobaczyć, cieszę się jak małe dziecko, dostające prezent pod choinkę. Śledzę ich poczynania od pierwszej wizyty w Polsce i muszę przyznać, że za każdym razem jest coraz ciekawiej. Chłopaki z Aberdeen grają dynamicznego blues rocka z bardzo charakterystyczną tonacją harmonijki. Trudno rozpisywać się o zespole, któremu poświęciłem tyle uwagi w przeszłości, ale nie sposób nie napisać ponownie: oni są fantastyczni! Było to już moje dziesiąte spotkanie z tą kapelą i wciąż mi mało. Czuć, że chłopaki są ze sobą bardzo mocno zżyci i każdy daję z siebie wszystko co może. Warto również nadmienić, że tegoroczna trasa promuje ich najnowszy album, który wydany został we wrześniu. A precyzyjniej – „promowała”, gdyż powrócili już do swoich kątów w Szkocji. Był to dla mnie najlepszy punkt pierwszego dnia festiwalu. Mistrzostwo świata i tyle.

Kiedy publiczność przeniosła się piętro wyżej do dużej sali, na scenie pojawił się Jan Chojnacki, aby zaprosić nas na drugą część programu. Harpcore, czyli nasz Harmonijkowy Atak, tym razem w lekko skurczonym składzie, bo bez Jacka Jagusia, przywitał wszystkich obecnych nietypowymi dźwiękami. Nietypowymi, ponieważ nie wiele kapel może pochwalić się czterema harmonijkarzami. Łukasz Wiśniewski, Bartek Łęczycki, Tomek Kamiński i Michał Kielak to potężny kwartet, obok którego obojętnie przejść nie można. A do tego wszystkiego świetna sekcja rytmiczna w tle. W mig rozradowali publiczność, aż tu nagle występ się zakończył. Grali ponad godzinę, ale coś w tym jest, że każdy ich koncert wydaję się o wiele krótszy niż jest w rzeczywistości. Godzina wydaję się być zaledwie minutami, co przyjemne nie jest, zwłaszcza kiedy słucha się tak rewelacyjnych dźwięków.

Gwiazdą tego wieczoru był bardzo popularny ostatnimi czasy zespół z Glasgow – King King. Kapela, z charyzmatycznym gitarzystą i wokalistą Alanem Nimmo, pokazała kawał solidnego brytyjskiego blues rocka, lecz jednak czegoś mi w ich graniu zabrakło. Może najzwyczajniej w świecie był to kolejny występ grupy, grającej to samo co wszyscy na Wyspach i brakowało czegoś co mogłoby ich wyróżnić? Nie przypadkowo po ich występie wiele osób powtarzało, że koncert był świetny, ale wszystko było jakby odtwórcze. Nie uważam ich twórczości za kiepską, wręcz przeciwnie, ostatni krążek studyjny często obracał się w moim odtwarzaczu i sprawiał mi wiele frajdy. Może jednak za bardzo czekałem na ich występ i spodziewałem się czegoś innego? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Wydaję mi się, że po występie kolegów z Aberdeen nic nie mogło mnie już bardziej zaciekawić.

Zanim rozpoczął się jam session, mieliśmy jeszcze ponowną okazję radować się przy dźwiękach Gerrego Jablonskiego i Spółki. Zagrali dla nas drugiego seta na małej scenie. Była to niespodzianka przygotowana dla wszystkich fanów. Niespodzianka zapowiedziana dużo wcześniej, ale radość i tak była ogromna. Zagrali dla nas prawie godzinę, zanim na dobre rozpoczęło się wspólne jammowanie. A trzeba przyznać, że był to znakomity wstęp, gdyż tego wieczora na scenie pojawili się świetni muzycy, którzy do Konina przyjechali tylko i wyłącznie na wspólne granie. Mogliśmy usłyszeć między innymi Janka Gałacha, Bartka Miarkę, Pawła Mikosza, Krzysia Siewruka i wielu innych. Zabawa trwała do wczesnych godzin porannych. Było to godne zakończenie pierwszego dnia festiwalu.

Sobota nie należała do łatwych, biorąc pod uwagę godzinę powrotu do łóżka, ale po błogim leniuchowaniu przyszedł czas na drugi dzień tego muzycznego święta. Znów rozpoczęło się od występów na małej scenie, którą prowadził Redaktor Andrzej Jerzyk. Ta część festiwalu nie miała już kompletnie nic wspólnego z bluesem. Przyszedł czas na progresywne granie, którego doczekać nie mogłem się od wielu tygodni. Wpierw na scenie pojawił się polski zespół Superhalo. Ciężko mi pisać o tej kapeli, gdyż nigdy nie miałem w zwyczaju stawiać w złym świetle jakichkolwiek muzyków. Ich twórczość po prostu nie była dla mnie. Niektórzy mówili o ich muzyce jako „stoner rocku”, ale nie jest mi ten gatunek bliski i nie wiem ile w tym prawdy. Dla mnie było to często bezsensowne „łupanie” i do tego połączone z dosyć słabym głosem wokalisty. Ale słyszałem, że wielu tam obecnym podobała się taka forma dźwięków, więc przyjmuję to do wiadomości i zostawiam dokładniejszą relację innym. Mi po prostu to nie podeszło, w końcu nie wszystko musi mi się podobać, prawda?

Na ich miejscu pojawili się po pewnym czasie Włosi z popularnego ostatnio na polskich festiwalach zespołu Wild Shooter Band. Miałem okazję zaprzyjaźnić się trochę z gitarzystą Marco, ale ich muzyka też do końca do mnie nie przemawia, chociaż już bardziej niż to co zaprezentowali ich poprzednicy. Bazują głównie na elementach południowego rocka, ale dodają też wiele od siebie. Koncert był całkiem ciekawy, ale nie jest to muzyka, której słuchałbym na co dzień w domowym zaciszu. No proszę, jednak zdarza się, że bywam wybredny…

Tego dnia to duża scena miała zrobić na mnie największe wrażenie. I zrobiła! Planet of the Abts to kapela, dla której najbardziej chciałem przyjechać do Konina. Ich zeszłoroczny występ w Kaliszu oczarował mnie w pełni. Szedłem słuchać ich muzyki z przekonaniem, że nie będę żałował ani jednego dźwięku. Miałem rację. Był to najgenialniejszy punkt tego dnia, którego nie zapomnę bardzo długo. Matt Abts, Jorgen Carlsson i T-Bone Andersson to klasa sama w sobie i nawet nie trzeba przypominać, że Matt i Jorgen na codzień grają u boku Warrena Haynesa w Gov’t Mule. W tej formacji tworzą szeroko pojętego rocka, który łączy stylistykę takich kapel jak Led Zeppelin, King Crimson czy Pink Floyd. Mówiąc krótko – muzyka najwyższych lotów. Od pierwszych dźwięków siedziałem wbity w fotel i marzyłem, aby ich koncert nigdy się nie skończył. Osobom, nie mającym jeszcze styczności z tą formacją, polecam się z nią zapoznać. W zeszłym roku wydali debiutancki album, który był jedną z najciekawszych pozycji wydawniczych tamtego okresu.

Gwiazdą sobotniego wieczoru była za to brytyjska legenda Wishbone Ash. Na ten koncert wybrałem się nastawiony sceptycznie, gdyż pamiętając jeszcze występ w gdańskim klubie Parlament sprzed kilku lat, nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego. Panowie, z Andym Powellem na czele, szybko wyprowadzili mnie z tych uprzedzeń i szczerze mogę powiedzieć, że bardzo podobał mi się ich koncert. Wykonali tym razem wiele numerów z ukochanych przeze mnie płyt z początku ich kariery. Usłyszeć wszystkie te piękne dźwięki, na których wychował się nie jeden z nas, było bezcenne. Szczytem tych pięknych chwil było niesamowite wykonanie słynnego „Phoenix”, którym zakończyli swój występ.

Niespodzianką wieczoru był koncert dziewczyn z formacji Lez Zeppelin, które pełne energii i wigoru, zaprezentowały ciekawy przekrój twórczości Led Zeppelin. Piękne i charyzmatyczne Amerykanki w ciekawy sposób ożywiają na scenach całego świata muzykę swoich idoli, spełniając marzenia milionów, które podziwiać dźwięki Anglików mogą tylko z płyt. Zakończenie godne całego festiwalu.

Mam nadzieję, że nie dziwią się już Państwo dlaczego tak długo zbierałem się do napisania tej relacji. Ogrom dźwięków, które zarejestrował mój umysł, musiały się jednak te kilka dni przetworzyć i dopiero teraz mogłem opisać moje wspomnienia. Wielkie gratulacje należą się Organizatorom, którzy włożyli w to wydarzenie całe swoje serce i sprawili, że przyjazd do Konina był tak bardzo udany muzycznie i towarzysko. Oby do następnego roku!

GALERIA (for. Mariusz Skiba)

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.