Relacje

Gdynia Blues Festival 2012

Pierwszy dzień festiwalu w Gdyni już za nami. Pomimo złych prognoz pogoda okazała się być łaskawa dla wszystkich fanów bluesa i od rozpoczęcia koncertów o godzinie 16:00 nad Skwerem Arki Gdynia świeciło słońce. Dzięki temu publiczność pojawiła się tłumnie i we wspaniałej atmosferze rozpoczęło się trójmiejskie święto.

Festiwal otworzył zespół „Blue Jay Way”, który podszedł do tematu przewodniego imprezy bardzo nietypowo. Grali bardziej w klimatach hardrockowych i metalowych i mało było w tym bluesa. Dziwił mnie taki wybór kapeli na sam początek piątkowego dnia festiwalu, ale tak ustalili organizatorzy i wydaję mi się, że nie wszystkim się to podobało. Dla mnie osobiście nie było nic ciekawego w ich grze, ale z tego co widziałem, niektórzy zdawali się być zadowoleni i mała grupka pojawiła się pod sceną, aby bawić się z zespołem.

Kolejną pozycją festiwalu był leszczyński zespół „Nie Strzelać Do Pianisty”, którego była to pierwsza muzyczna wizyta w Trójmieście. Jestem wielkim fanem kapeli i od dawna wiedziałem, że będą najlepszym punktem pierwszego dnia festiwalu. Po twarzach publiczności widziałem sporą niepewność, gdyż większość z nich za pewne nie słyszała nigdy twórczości „Pianistów”, ale po pierwszych utworach pojawiły się uśmiechy i ogromne oklaski. „Pianiści” porwali publiczność i pokazali, że grają świetne dźwięki, które zaspokoją nawet największych malkontentów. Myślę, że największe wrażenie na publiczności i samych organizatorach, zrobił wokal Huberta, który tego dnia dał z siebie wszystko. Do tego wszystko było świetnie nagłośnione, dzięki czemu każdy dźwięk klawiszy i gitary był zauważalny. Szkoda tylko, że trwało to niecałą godzinę.

Zaraz po „Pianistach” na scenę weszli muzycy z zespołu „Joanna Knitter Blues & Folk Connection”, którzy zabrali nas w piękną podróż po latach 50. i 60. XX wieku. Blues z delty, country, folk – wszystko to pięknie poukładane w melodyjną całość. Cieszy mnie, że mamy w Trójmieście tak ciekawe kapele, które nie boją się tworzyć tego rodzaju muzyki. Wczorajszy występ pokazał również, że są w naszym mieście ludzie, którym takie dźwięki się podobają. Joanna Knitter przyjęła również zaproszenie do mojej audycji, więc niedługo możemy się spodziewać ich akustycznych dźwięków prosto ze studia Radia SAR.

Kiedy już się powoli ściemniało, na scenę weszli pierwsi goście zza granicy, którzy przyjechali do nas z Holandii. „The Red Phone” to zespół złożony z młodych muzyków, który powstał w pięknej studenckiej miejscowości Tilburg, który jak się okazało, jest pełen świetnych zespołów bluesowych i rockowych. Miałem okazje porozmawiać z chłopakami z „The Red Phone” zaraz po koncercie i otrzymałem od nich krążek, który na pewno będzie można usłyszeć w audycji już wkrótce. Oprócz ich najbardziej znanego utworu „Sonny Boy” zagrali kilka naprawdę świetnych kawałków, które powalały swoim tempem i agresywnością, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Po wysłuchaniu paru pierwszych utworów na myśl przyszło mi porównanie do Jacka White’a i The Black Keys. Naprawdę świetne granie. W Polsce opiekuje się nimi Agencja „Bluesfactory.pl”, więc na pewno będzie jeszcze wiele okazji, aby posłuchać ich na żywo.

Gwiazdą wieczoru był Gienek Loska wraz z zespołem. Mówiąc szczerze, nie czekałem jakoś bardzo mocno na jego występ, gdyż miałem okazje zobaczyć Gienka w zeszłym roku w Lesznie i nie do końca mi się podobało. Mam wielki szacunek do Gienka z czasów „Seven B”, ale jego twórczość obecnie nie jest w moim typie. Mimo to koncert był dość ciekawy, zwłaszcza piękne popisy na gitarze Makara, który wciąż jest w świetnej formie. Momentami czułem się jak na koncercie The Allman Brothers Band i Led Zeppelin. Niestety głos Gienka nie jest już tak elektryzujący jak kiedyś i w tej kategorii w dniu wczorajszym numerem jeden był Hubert Szczęsny z „Pianistów”.

Drugi dzień festiwalu miał być dniem najmniej ciekawym z mojego punktu widzenia, lecz okazał się równie zaskakujący jak poprzedni. Jako pierwsi wystąpili „Tres Hombres”, w którym występuje Krzysztof Pomierski – syn właściciela Blues Clubu i jeden z organizatorów całego festiwalu. Wiedziałem czego można się po ich muzyce spodziewać i byłem z ich koncertu zadowolony. Dobre, szybkie granie na granicy bluesa i rocka z wieloma ciekawymi „hiszpańskimi” akcentami. Idealny początek sobotniego popołudnia.

Zaraz po nich pojawił się „Midnight Travel”. Ich spokojne elektryczne granie standardów bluesowych z początku wydawało się interesujące, ale po pięciu bardzo do siebie podobnych utworach zaczynali nużyć. Nie było w ich występie niczego porywającego i zaskakującego. Szkoda, gdyż miałem nadzieję, że pokażą się z lepszej strony. Tego dnia czekałem głównie na występ kapeli z Poznania „Dr Blues & Soul Re Vision”. Krzysztof Rybarczyk wraz z jego utalentowanym zespołem porwali nas świetnymi wersjami starych standardów bluesowych i soulowych, o których już dawno liczni zapomnieli. Świetna sekcja rytmiczna, doskonałe wymiany dźwięków pomiędzy gitarami i urocza Joanna Dudkowska na basie. Wszystko to składało się na znakomitą zabawę z muzyką ubiegłego wieku. Był to pierwszy zespół tego dnia, który porwał całą publiczność do tańca, zwłaszcza kiedy Dr Blues wyszedł ze swoją gitarą do ludzi i grając pozował do zdjęć. Takie podejście do koncertu uwielbiam.

„Wild Shooter Band”… cóż mogę napisać. Według mnie najgorszy punkt całego festiwalu. Nie lubię pisać źle o uczestnikach jakichkolwiek festiwali, ale tym razem to zrobię. Włosi oczywiście okazali się przesympatycznymi ludźmi, z którymi miałem okazje porozmawiać, ale muzycznie kompletnie do mnie nie trafili. Muzyka płaska i jednostajna. Wielu mogło się takie coś podobać, ale nie lubię bezsensownej „nawalanki” wszystkimi instrumentami na raz bez składu i ładu. Przyznam, że było kilka interesujących zagrań, ale tylko wtedy kiedy wokalista odpoczywał i instrumenty potrafiły ze sobą współgrać. Takich momentów było bardzo mało niestety. Widać, że wokalista jest fanem Steve’a Vaia, gdyż idąc jego przykładem, również posiadał na scenie wiatrak elektryczny… Ja odbieram to za całkowite tandeciarstwo.

Na koniec dnia przyszła pora na występ Shanny Waterstown, która przyjechała do nas z Florydy. Za pewne nie bezpośrednio, gdyż koncertuje dużo w Europie. Po przesłuchaniu jej ostatniej płyty nie spodziewałem się szału, ale po pierwszych dwóch utworach zaprezentowanych przez artystkę na scenie, szybko zmieniłem zdanie. Cudowny wokal i rewelacyjna sekcja rytmiczna porwała mnie w całości. Byliśmy atakowani bluesowymi standardami oraz najnowszym materiałem wokalistki. Było miejsce na spokojne, czułe opowieści o miłości oraz drapieżne utwory, w których Shanna pokazywała „wokalny pazur”. Doskonałe zakończenie sobotnich występów.

Od samego początku wiedziałem, że niedziela będzie dniem najciekawszym pod względem muzycznym. Dwie doskonałe kapele przyjechały tego dnia do Gdyni – „Boogie Chilli” oraz Jan Gałach Band”. Na ich występy musieliśmy chwilę poczekać, gdyż jako pierwsi wystąpili muzycy z Graf Hotel. Bardzo mi się ich ostatnia płyta podobała i prezentowałem ją wiele razy na antenie podczas mojej audycji. Koncert jednak nie był tak dobry jak się spodziewałem. Zabrakło mi kilku numerów z krążka i kiedy zaczęli grać utwory Hendrixa byłem załamany. Czemu wszyscy wciąż z uporem maniaka grają utwory Jimiego? Kiedy na każdym możliwym festiwalu słyszy się „Hey Joe” lub „Little Wing” człowieka trafia szał. Czy kapele nie mają już swojego materiału, tylko grają „objechane” już miliony razy kawałki? Zrozumiem jeszcze jak zespół potrafi wykonać taki numer w swojej własnej aranżacji, która różniła by się od oryginału. Ale nie, nuta w nutę tak samo. Dobrym przykładem jest „Otis Taylor”, którego wersja „Hey Joe” powaliła mnie podczas jego koncertu w Warszawie. Ale to tylko wyjątki niestety. Strasznie tego nie lubię. Graf Hotel mnie nie zachwycił.

Przyszedł w końcu czas na występ poznańskiego „Boogie Chilli”. Nadal pamiętam ich rewelacyjny występ podczas zeszłorocznego „Festiwalu Legend Rocka” w Dolinie Charlotty. Tamtejsze nagłośnienie i klimat imprezy, sprawiły, że muzycy dali z siebie wszystko i był to ich najlepszy występ. Jeden z członków zespołu zdradził mi, że pojawi się niedługo zapis z tamtego pamiętnego dnia. Już nie mogę się doczekać. Również w Gdyni pokazali, że są zespołem z wyższej półki. Dwóch świetnych gitarzystów, którzy doskonale wypełniali się dźwiękami oraz harmonijka, która nadawała wszystkiemu lśnienia. I na koniec moje ulubione „You Look Like Rain”, które wręcz mnie sparaliżowało. Była to cudna godzina grania.

Później na scenie pokazali się muzycy, którzy tworzą ciekawy projekt nazwany „Blues Brothers Show”. I faktycznie był to show! Przebrani za filmowych Blues Brothers muzycy przypomnieli wszystkim, legendarne już utwory, jak „Soul Man” czy „Everybody Needs Somebody to Love”. Przyjemnie było usłyszeć wszystkie te przeboje znane z filmów i płyt. Bardzo ciekawy sposób na ożywienie tych wspomnień.

Kolejnym zespołem, na który czekałem tego dnia, był „Jan Gałach Band”. Pierwsze skrzypce polskiego bluesa (tak, moim zdaniem to Jasiu zasługuje na ten tytuł) oraz doskonali muzycy pokazali co to prawdziwa muzyka z południa. Wraz z Jasiem Gałachem występuję wspaniała wokalistka Karolina Cygonek. Już nie raz miałem przyjemność podziwiania jej talentu i tym razem nie byłem zawiedziony. W zespole występuje również Kuba Fiszer, który na co dzień grywa w szczecińskiej formacji „Big Fat Mama”. Kilkunastominutowe kawałki elektryzowały publiczność. Nikt tak nie potrafi wydobyć dźwięków ze skrzypiec jak Jaś. Raczyli nas również wieloma utworami ze stajni „The Allman Brothers Band”, a końcowa przeróbka „Whipping Post” była mistrzowskim zakończeniem ich występu. Do tej pory mam przekonanie, że ich występ był najlepszym koncertem festiwalu. Nie było momentu, abym nie miał na ciele gęsiej skórki. Niedzielny wieczór zamykał koncert zespołu „Cree” z Sebastianem Riedlem na czele, lecz nie będąc świadkiem ich występu, nie mogę zbyt wiele napisać.

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.