Wywiady

Gerry Jablonski And The Electric Band

Szkocko-polski zespół „Gerry Jablonski And The Electric Band” wydał w ubiegłym roku, swój drugi w karierze krążek studyjny o tytule „Life At Captain Tom’s”, a już za kilka miesięcy grupa zawita do naszego kraju w ramach europejskiej trasy koncertowej. Zapraszam do przeczytania wywiadu, który przeprowadziłem z harmonijkarzem Piotrem Narojczykiem oraz wokalistą i gitarzystą Gerry Jablonskim.

Jacy muzycy, oprócz Gerry’ego, kryją się pod nazwą The Electric Band?

Piotr Narojczyk: David Innes na perkusji i Grigor Leslie na basie. No i oczywiście ja. (śmiech)

Jak długo związany jesteś ze sceną bluesową w Aberdeen, z którego pochodzi Wasz zespół? Zawsze interesowałeś się bluesem, czy miałeś epizody z innymi gatunkami muzycznymi?

Gerry Jablonski: Odkąd dinozaury rządziły Ziemią. (śmiech). Zawsze grałem w okolicach bluesa, ale uczyłem się również innych stylów, aby być bardziej wszechstronnym gitarzystą.

Jesteście zadowoleni z Waszego najnowszego wydawnictwa płytowego? Możecie powiedzieć coś więcej o albumie? Skąd wziął się tytuł płyty?

PN: Jeśli chodzi o druga płytę to jesteśmy bardzo zadowoleni. Udało się uchwycić to, co sobie założyliśmy. Album został dobrze przyjęty przez prasę muzyczną m.in. Blues Matters, Blues in Britain i Classic Rock Magazine. Jeśli chodzi o tytuł, to strasznie się na początku kłóciliśmy (śmiech), ale później wpadliśmy na pomysł, aby nazwać album od studia, w którym go nagraliśmy, czyli „Captain Tom Studio”.

Kłóciliście się? Rozumiem, że były jakieś inne propozycje tytułu. Pamiętacie może wstępne nazwy, czy wolicie pozostawić je w tajemnicy? (śmiech)

PN: Szczerze mówiąc to było ich wiele, ale jakoś żadnej nie pamiętam, widocznie tak miało być. (śmiech)

Kto zajmował się kompozycją muzyki i tekstów na tą płytę? Jak powstają Wasze utwory? Macie jakiś podział obowiązków w zespole?

PN: Tak samo jak na pierwszym albumie. Gerry przychodzi z jakimś pomysłem, riffem, melodią i jamujemy; i wychodzi cos zupełnie innego niż on sobie zamierzył. (śmiech). Generalnie w zespole jest demokracja, więc jest dużo kłótni (śmiech). Ale tak na poważnie to Dave z Grigor’em zajmują się sekcją, tempem i zakończeniami. Natomiast ja z Gerry’m pracujemy nad solówkami, wypełnieniami, dialogiem pomiędzy gitarą a harmonijką. Jeśli chodzi o teksty, to autorem jest Gerry i są one tekstami w większości autobiograficznymi. Wsłuchaj się dokładnie w np. „Skinny Blue Eyed Boy” to zrozumiesz, o co mi chodzi. Dosyć dramatyczna i osobista historia.

GJ: Staram się pisać o codziennym życiu, tak jak je widzę i czuję. Wymyślam melodię i podstawowe riffy, zabieram to do chłopaków i sprawdzamy czy coś może z tego być. Jak nam się podoba to dodajemy różne elementy i tak powstają nasze utwory.

Jak opisalibyście muzykę, którą gracie?

PN: Trudne pytanie. Gerry Jablonski & The Electric Band, czyli utwory i melodie gdzie blues jest elementem wyjściowym. Jak Ty byś ją opisał?

Gracie zupełnie inaczej niż obecnie znane zespoły. Zakładki takie jak blues, blues-rock to za mało by was opisać.

PN: Masz rację. Gerry zawsze mówi „Song is The King” i taka filozofia nam przyświeca. Strasznie dużo jest teraz na rynku tzw. gitarowych zespołów gdzie jest riff, jakaś melodia i 22 minuty gitarowego sola, a brak najzwyklej utworu, piosenki!

GJ: Gram dla utworu. To jest zespół a nie show jednego muzyka.

Jasne, tekst jest bardzo ważny i to na nim najczęściej opiera się linia melodyczna. Ale nazwałbyś Waszą muzykę stricte bluesem, czy czerpiecie elementy z innych gatunków muzycznych? Moglibyście je opisać, jeśli takowe inspiracje istnieją?

PN: Wiesz, jeśli chodzi o inspiracje innymi gatunkami niż blues, to będzie to na pewno klasyczny brytyjski rock, co z reszta jak mam nadzieje dobrze słychać (śmiech) i jazz. Ogólnie to jakoś dziwnie wychodzi, że jak spojrzysz na instrumentarium to powinno być tradycyjnie i bluesowo: gitara, bębny, bas i harmonijka, a jakimś sposobem wychodzi zupełnie inaczej (śmiech).

No właśnie, harmonijka. W waszej muzyce mocno zaakcentowany jest ten instrument, który pełni, tak jak gitara, rolę instrumentu prowadzącego. Nie jest to częste zjawisko w zespołach bluesowych i blues-rockowych. Skąd takie posunięcie?

PN: Wyszło samo z siebie. Nic nie planowaliśmy, czy ma być tak, czy inaczej. Zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów przed pierwszym albumem i wszystko ułożyło się w całość. Może to mój sposób grania, być może Gerry nie chciał zbytnio eksponować gitary, aby nie brzmieć jak wspomniane gitarowe bandy. Naprawdę ciężko powiedzieć; może miało być po prostu inaczej. Najważniejsze, że słuchacze to zauważają, bo nie jesteś pierwszy, który o to pyta, a ja dalej nie mam jasnej odpowiedzi (śmiech).

Skąd wzięła się Twoja miłość do harmonijki? Jakich muzyków podpatrujecie? Skąd czerpiecie inspiracje?

PN: Zaczęło się jakoś tak, że kiedy mieszkałem w internacie w szkole średniej to słuchałem dużo Led Zeppelin, jak i dzisiaj z reszta (śmiech). Później kolega zagrał mi Dżem, który także uwielbiam. Później te zespoły usłyszał mój brat i kupił mi w prezencie harmonijkę i tak zacząłem sobie pogrywać, ale na poważnie to mnie dopiero „walnęło” jak usłyszałem „Lost Elektra Sessions” Paul Butterfield Blues Band i pierwszy kawałek „Good Morning Little Schoolgirl”. Od tego momentu musiałem rozpracować, co i jak. I ćwiczyłem nawet po 8 godzin dziennie. Paul Butterfield to moja pierwsza inspiracja. Słucham także wielu gitarzystów jak Jimmy Page, czy Mike Bloomfield.

GJ: Jest ich bardzo wielu w wielu gatunkach muzycznych, m.in. Django Rienheart, Jeff Beck, Eric Clapton, Albert Lee, Peter Green, Paul Kossoff, Jimmy Page, Richard Thompson, BB King i wielu innych…

W jaki sposób rozpoczęła się Wasza współpraca, jako zespół? W jaki sposób się poznaliście?

PN: Jak już zadomowiłem się trochę w Szkocji, to zacząłem pogrywać na jam sessions w różnych klubach. Jestem nowy, więc się mnie wszyscy pytają skąd jestem i mówią, że musze zagrać z tym gościem o nazwisku Jablonski. Odpowiadam, że w porządku, ale nigdzie go nie mogę znaleźć. Pewnego dnia jestem znowu na jamie, zamówiłem piwo, siadam na końcu sali i czekam na swoją kolejkę. Gra paru ludzi na akustykach i innych instrumentach. Kiedy skończyli, na scenę wchodzi niewysoki facet, łapie za stojak do nut (używany przez poprzednich gitarzystów) i w nonszalancki sposób udaje, że go wyrzuca, nie zauważając, że górna cześć odlatuje. Owa część przelatuje całą salę i ląduje na mojej szklance, pokrywając mnie całego we szkle i w piwie (śmiech). Nagle podchodzi do mnie „niedoszły zabójca” i przedstawia się, jako Gerry Jablonski. Myślę sobie „no to się znaleźliśmy” (śmiech). Później zagrał. Od początku wiedziałem, że grać z Gerry’m to byłoby coś. Po tym incydencie nie widzieliśmy się przez kolejne dwa lata, aż do momentu, kiedy zostałem powtórnie przedstawiony Gerry’emu przez Dave’a na tym samym jamie, tylko że dwa lata później. Uśmiechnęliśmy się tylko i Gerry rzucił „let’s play something guys”. W drodze na scenę złapaliśmy Grigor’a, który był tam zupełnie przypadkowo i zagraliśmy. Zaiskrzyło od pierwszego akordu i nie zeszliśmy ze sceny przez kolejne 45 minut! Pięć miesięcy później wydaliśmy pierwszy album.

GJ: A ja wciąż wiszę mu piwo! (śmiech)

Jak wygląda scena muzyczna w Szkocji? Przypomina tą angielską, czy ma swoje unikalne uroki? Jaka jest kondycja bluesa w tym pięknym kraju?

PN: Jeśli chodzi o scenę muzyczna w Szkocji, to jest parę ciekawych bandów, jak King King czy Nimmo Brothers, którzy są dość dobrze znani w Europie, ale ze względu na położenie geograficzne i oczywiście wielkość, to większość ciekawych koncertów odbywa się jednak w Anglii. Najzwyklej tam jeździsz na trasy, bo tam są największe miasta. Tutaj tylko Glasgow i Edynburg się liczą. Jeszcze Dundee, gdzie odbywa się duży bluesowy festiwal.

Dużo osób przychodzi na koncerty bluesowe w Szkocji? Ostatnio w Polsce z frekwencją jest lepiej, ale i tak gatunek ten jest gatunkiem niszowym.

PN: Tutaj oczywiście też nie jest to gatunek mainstreamowy. Często zależy od tego, kto gra. Jeśli wyrobisz sobie pozycje to nie jest źle. Mamy kilkanaście miejsc gdzie są pełne sale i często widzisz te same twarze, co bardzo cieszy. Oprócz typowych koncertów klubowych, gramy też często na festiwalach, których jest naprawdę sporo i tam frekwencja jest dość duża. To świetny sposób na promocję przed nowa publicznością. My mamy to szczęście, jak wcześniej powiedziałem, że nie jesteśmy zespołem stricte bluesowym, więc otrzymujemy także zaproszenia na imprezy i festiwale rockowe, gdzie przychodzi naprawdę dużo osób.

Jak wiesz, w Polsce rzadko można usłyszeć bluesa w dużych rozgłośniach radiowych. Rozgłośnie w Szkocji grają Wasze utwory?

PN: Jeśli chodzi o radio, to tu nie ma podziału na Szkocję czy Anglię, oczywiście poza radiostacjami lokalnymi. BBC Radio 1 czy BBC Radio 2 nadaje na całą Wielką Brytanię. Z tego, co pamiętam, to oprócz mniejszych radiostacji, byliśmy grani w BBC Radio 2 i Panet Rock Radio w programie samego Rick’a Wakeman’a, byłego klawiszowca grupy YES.

To podobnie jak w Polce. Oprócz Radiowej Trójki i audycji Jana Chojnackiego i Wojciecha Manna, ciężko o bluesa. Tylko w audycjach kilku zapaleńców w rozgłośniach lokalnych jest szansa na bluesa.

PN: Bardzo dobrze, że są tacy zapaleńcy! (śmiech)

Już niedługo Wasza pierwsza wizyta w Polsce. Ty Piotrze oczywiście bywasz tu regularnie odwiedzając rodzinę, ale nigdy jeszcze nie byłeś tu ze swoim zespołem. Denerwujesz się koncertowaniem przed polską publicznością?

PN: Nie, nie denerwuję się. No może trochę. (śmiech). Wiesz, ostatnio to z tym odwiedzaniem jest raczej ciężko, bo dużo gramy. Często za to dzwonię, ale mam nadzieję, że kilku znajomych i członkowie rodziny przyjdą nas zobaczyć, to będzie chodź chwila żeby porozmawiać i nadrobić stracony czas. To będzie dość duże przeżycie także dla Gerry’ego, ponieważ jego ojciec był Polakiem, a on sam był w Polsce tylko raz. Zapowiada się naprawdę bardzo ciekawie!

GJ: Tak, moja rodzina pochodzi z Jastarni nad Morzem Bałtyckim. Mój ojciec przybył do Szkocji po II Wojnie Światowej, jako członek Polskiej Wolnej Armii. Ciągle mam krewnych w Polsce i Niemczech.

Trasę koncertową w Polsce traktujesz jak każdą inną, czy przyjazd do Polski i zagranie tu ze swoim zespołem jest dla Ciebie szczególnie ważne?

GJ: Traktuję każdy koncert jak mój ostatni, (śmiech), ale trasa w Polsce będzie dla mnie bardzo szczególna, ponieważ to w końcu ziemia mojego ojca. Pomimo, że już go z nami nie ma, to myślę, że byłby ze mnie dumny i wierzę, że będzie ze mną duchem podczas tej wizyty.

Oprócz koncertów w Klubach, wystąpicie również, jako gwiazda, podczas pięknego festiwalu „Las, Woda & Blues”, na który przybywają wielbiciele bluesa z całego kraju. Jesteście zadowoleni z miejsc, które odwiedzicie podczas Waszej trasy koncertowej w Polsce?

PN: Podoba mi się określenie gwiazda, mam nadzieje, że nie będzie pochmurnie. (śmiech). A na poważnie, to bardzo cieszymy się i jesteśmy wdzięczni szczególnie Tobie Adam i Jurkowi Hippmannowi z „HPG Promotion Group” za pomoc w organizacji trasy. Jeśli chodzi o miejsca, to cieszę się, że zagramy w Warszawie, bo tam spędziłem sporo czasu w życiu i mam tam wielu znajomych z czasów szkolnych. Również „Free Blues Club” w Szczecinie i oczywiście „Las, Woda Blues”. A tak właściwie to najbardziej cieszę się, że będziemy grać i będziemy mieli okazje poznać nowych ludzi i nowe miejsca!

Mam nadzieję, że nie skończycie na tej jednej trasie i odwiedzicie nas w latach następnych.

PN: Taki jest plan Adam i mamy nadzieje wypełnić go w 100%.

Macie już plany związane z następną płytą? W jakim kierunku podąża Wasza twórczość?

GJ: Zaczęliśmy już myśleć o trzeciej płycie. Na pewno będzie to muzyka bluesowa. Może trochę cięższa, kto wie. Może wyjść z tego nawet fuzja jazzu z rockiem, jeśli dam Dave’owi i Gregor’owi więcej luzu. (śmiech).

PN: Mamy już kilka nowych utworów, które być może znajdą się na nowej płycie. Jeśli chodzi o plany nagrywania, to niczego jeszcze nie postanowiliśmy. Mamy podpisany kontrakt z wytwornią „Fat Hippy Records” i z tego, co wiem, to nie było jeszcze rozmów na temat daty nowych nagrań. Teraz głownie koncentrujemy się na trasie koncertowej. Więc, jak już powiedzieliśmy, w połowie kwietnia trasa w Polsce, później od razu Niemcy, Holandia i Belgia, a w lipcu Włochy i Irlandia. Później pewnie zaczniemy się zabierać za nowe nagrania i może wrócimy do Polski pod koniec tego roku z nowym krążkiem. Kto wie!

Życzę Wam tego z całego serca i nie mogę doczekać się Waszego przyjazdu do Polski. Dziękuję bardzo za możliwość rozmowy i życzę wielkich sukcesów w dalszej działalności zespołu. Do zobaczenia na koncertach w Polsce na przełomie kwietnia i maja!

PN: Dziękuje bardzo za rozmowę Adamie. Pozdrawiam bardzo gorąco i do szybkiego zobaczenia!

GJ: Cheers!

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.