Relacje

Harry Manx – Warszawa (16.06.11)

Harry Manx jest człowiekiem wyjątkowym. Nie ma na świecie drugiej takiej osoby, która potrafiłaby w tak magiczny sposób połączyć ze sobą, tak muzycznie różne od siebie gatunki, jak blues i muzyka hinduska. I do tego zrobić to w taki sposób, aby słuchacz nieobyty w tych dźwiękach, od razu poczuł bliskość z artystą.

Muzyk stworzył swój własny styl, który sam określa mianem hindu-bluesa, który często wzbogacany jest o elementy jazzu. Jest multiinstrumentalistą oraz wokalistą. Gra na gitarze, banjo i harmonijce. Jego głównym instrumentem jest zaś mohan veena, które jest skrzyżowaniem tradycyjnego hinduskiego instrumentu sitar i gitary. Urodził się i wychował na wyspie Man, leżącej na Morzu Irlandzkim. Później wraz z rodzicami przeniósł się do Kanady. Jako dwudziestolatek wyjechał do Europy, później trafił do Japonii, aby na koniec lat 70-tych znaleźć się w Indiach. Zajmował się tam tworzeniem muzyki do medytacji. Od 2000 roku mieszka na stałe na kanadyjskiej wyspie Saltspring. W Indiach poznał znanego hinduskiego gitarzystę o nazwisku Vishwa Mohan Bhatt, który nauczył go techniki gry na dwudziestostrunowym mohan veena. Harry Manx pierwszą solową płytę „Dog My Cat” wydał dziesięć lat temu. Sprzedała się w 30 tysiącach egzemplarzy. Od tamtego czasu Manx nagrał kolejnych dziewięć krążków. Najnowsza ukazała się w tym roku i nosi nazwę „Strictly Whatever”. A tydzień temu wystąpił na jedynym koncercie w Polsce, który zorganizowała Agencja Koncertowa Tangerine.

Poznałem jego twórczość zaledwie kilka miesięcy temu i od pierwszych dźwięków ją pokochałem. Połączenie tradycyjnego bluesa z piękną, orientalną muzyką Indii jest czymś, czego dawno nie doświadczyłem. I po raz kolejny przekonałem się, że słuchanie muzyki z płyty jest niczym w porównaniu z jej odpowiednikiem na żywo. Koncert był dość kameralny, co moim zdaniem było głównym atutem jego występu. Każdy dźwięk wydawany przez dwudziesto strunową mohan veena można było poczuć na całym ciele. Dźwięki wypełniały całe moje wnętrze. Wystarczyło zamknąć oczy i wyobraźnia sama przenosiła mnie do pięknych ogrodów hinduskiego pałacu, które wypełnione były w orkiestrę pełną bluesowych i hinduskich dźwięków. Harry potrafił stworzyć atmosferę całego zespołu za pomocą efektów dętych tworzonych poprzez rytm jego stóp. I do tego jego głos. Ciepły, pełen najgłębszych przeżyć, pozwalał w pełni poczuć klimat jego muzycznych opowieści. „Blues jest jak ziemia, muzyka hinduska jest jak niebo. To, co staram się zrobić, to znaleźć równowagę między nimi” – mówił sam Manx. Jest do tego osobą w pełni kompetentną i uważam, że udaje mu się tego dokonać w niesamowicie przyjemny i bardzo osobisty dla słuchacza sposób.

Trzeba przyznać, że Harry Manx jest osobą bardzo miłą i otwartą na słuchaczy. Pomiędzy utworami nie jeden raz żartował, opowiadał o swoim życiu i zainteresowaniach. Również po koncercie poświęcił swój czas każdemu, kto podszedł do niego po autograf. I to nie tylko podpisywał swoje płyty, ale również z każdym rozmawiał. Były to dwie godziny spędzone w najpiękniejszym transie, jakiego do tej pory uświadczyłem w swoim życiu.

GALERIA (fot. Ireneusz Graff, Materiały Prasowe)

O autorze

Adam "Brzoza" Brzeziński

Miłośnik wszystkiego co z bluesem i jego okolicami związane. Twórca autorskiej audycji "Trójwymiar" w Radiu SAR, którą prowadził przez dziesięć lat, aż do stycznia 2017. Pisał również do kwartalnika "Twój Blues". Juror licznych konkursów kapel na festiwalach bluesowych w Polsce. Autor bloga BrzozaMuzyczna.pl, który jest oknem na świat dla jego muzycznych przemyśleń.